Data: 29 września 2007
Lokalizacja: Wrocław, Alladin's Pub (mapka)
Liczba uczestników: 8
Lista obecności: Chewie, dr Drago, dr Fil, Kaczor, Krokodyl, Paul, Rybkarz1, Szuja
Więcej info:na Forum
Raport
Na miejsce IV zlotu polskich fanów Indiany Jonesa wybrano - w wyniku ankiety na forum - Wrocław. Czekała mnie więc długa podróż. Bladym świtem ok. 5:30 rano, na Dworcu Centralnym czekał już na mnie Szuja, który wyglądał na równie niewyspanego jak ja. Oczywiście bezpośrednie połączenie w PKP oznacza trasę przez Częstochowę i Opole, ale co tam. Podróż, mimo że męcząca, upłynęła w miłej atmosferze. Co prawda kilka godzin drzemaliśmy, ale też sporo dyskutowaliśmy o Indym i nie tylko. Współpasażerowie czasem tylko łypali okiem na dwóch geeków, ale żaden nie odważył się wtrącić. Na miejscu przywitali nas wrocławianki Chewie i Krokodyl oraz bliźniaki Rybkarz1 i Paul. Jak się okazało dziewczyny będą zdawać maturę z historii sztuki, więc stały się naszymi przewodniczkami po zabytkach i legendach Wrocławia. Bliźniacy Rybkarze przybyli natomiast wcześnie rano po, jeszcze dłuższej niż my, podróży z Białegostoku.
Zaczęliśmy wędrówkę do miejsca spotkania. Niedaleko dworca czekały na nas tzw. "człowieki" (tak ich nazywała Chewie), czyli rzeźba "Przejście" przedstawiająca przechodzące przez skrzyżowanie postacie przeniesionie żywcem z PRL. Stare Miasto we Wrocławiu zrobiło na nas duże wrażenie. Odnowione kamienice, piękny bruk i kolorowy tłum tworzyły miły klimat. Chewie oprowadzała nas po co raz to ciekawszych rzeźbach i pomnikach. A to Chrobry na krótkonogim koniu, a to krasnoludzka fontanna przy Teatrze Lalek. W końcu dotarliśmy do pubu Alladin's utrzymanego w klimatach bliskowschodnich, co pasowało do zlotu fanów Indy'ego. Spodziewałem się co prawda większej liczby osób, będąc przyzwyczajony do spotkań fanów Star Wars gdzie bywa przeważnie po kilkunastu uczestników, ale to w końcu dopiero IV zlot. Zresztą i w tak małym gronie była swietna atmosfera wzmocniona smaczną pizzą i grzanym lub zimnym piwem. Szuja tradycyjnie przyniósł swoje książki i komiksy, ja natomiast pochwaliłem się wciąż niedokończonym pamiętnikiem Henry'ego Jonesa. Rozmowy wciąż krążyły wokół Indiany skręcając to na Bonda to na inne okołofilmowe tematy.
Nagle naszą rozmowę przerwał krzyk na cały pub: "Przepraszam, czy jest tu doktor Jones?!". Jak się okazało był to dr Drago, który wraz z dr Filem niespodziewanie zawitał na zlot. Z początku byli trochę zawiedzeni, że nie spotkali fanów przebranych za słynnego archeologa (może zasugerowali się zdjęciem przy newsie na stronie, na którym było kilku kompletnie odzianych fanów z USA). Doktorzy Drago i Fil byli ubrani w klimacie Indy'ego - koszula, spodnie, buty (brakowało jedynie kapeluszy, biczy i... maczety). Za sprawą tych dwóch wesołych facetów nasz zlot nabrał od razu rumieńców. Po rozmowach o Jonesie zaproponowali odtworzenie słynnej sceny z "Poszukiwaczy..." czyli tzw. konkursu picia. Z braku whiskey zastosowaliśmy gorzką żołądkową. Oczywiścnie nikt nie zamierzał pić do nieprzytomności, skupiliśmy się na odegraniu końcówki sceny, kiedy to przeciwnik Marion, wypiwszy ostatni kieliszek, osuwa się na ziemię. Kilkukrotnie odegrana scenka została uwieczniona na filmikach kręconych przez Szuję. Obrobiony już film możecie obejrzeć poniżej lub ściągnąć go stąd...
Niestety dr Drago i dr Fil musieli nas szybko opuścić. My natomiast postanowiliśmy rozruszać kości i pozwiedzać jeszcze Wrocław. Krokodyl i Chewie pokierowały nas w kierunku Ostrowia Tumskiego, najstarszej części miasta. Tam podziwialiśmy okazałą archikatedrę i poznaliśmy legendę o jakimś biedaku żywcem zamurowanym za wyglądanie przez okno. Potem był Kościół św. Idziego z Bramą Kluskową i legendą o kamiennym klusku śląskim. Odpoczęliśmy chwilę na bulwarze Wyszyńskiego i zaczęliśmy kierować się w stronę kolejnej knajpki. Zapadał mrok i ruch na rynku i jego przyległościach jeszcze bardziej się ożywił.
Naszym ostatnim przystankiem była "Pizzeria pod II Strusiem" gdzie m.in. zobaczyliśmy w TV klęskę naszych siatkarek. Indianajonesowe tematy wciąż jednak w rozmowach wracały. Spotkanie powoli dobiegło końca, gdy Rybkarz1 i Paul poszli na autobus, Chewie też musiała już iść, a Krokodyl została przez nas odprowadzona na tramwaj.
Śmiertelenie zmęczęni wraz z Szują musieliśmy jeszcze sporo poczekać na pociąg do Warszawy. Na dworcu dobrą godzinę spędziliśmy jedząc lody w McDonald's wciąż nagabywani przez lokalnych żebraków (przygoda!). Gdy nadjechał upragniony pociąg, sprytnie zajęliśmy dla siebie cały przedział, dzięki czemu mogliśmy spać tak wygodnie, jak Indy w samolocie Lao Che. Około 6:00 rano, dokładnie 24 godziny od startu naszej wyprawy, znaleźliśmy się z powrotem w stolicy. Spotkanie można było uznać za całkowicie zakończone.
Podsumowując uznaję zlot za bardzo udany. Bardzo dobrym pomysłem było zwiedzanie miasta co tworzyło klimat przygody. Szkoda że liczba uczesników nie przekroczyła 8, ale zważywszy że to dopiero początki zorganizowanego fanklubu Indiany Jonesa trzeba uznać to za sukces. Dziękuję wszystkim za świetnie spędzony czas.