Indiana Jones Site
       Indy Site
 Newsy
 Forum
 Indiana Jones Wiki
 Bannery i buttony
 Linki
 Chcesz pomóc?
 Konkursy
 O stronie
 O autorze
 Mapa strony
 Kontakt
       Filmy
 Poszukiwacze
    Zaginionej Arki

 Świątynia Zagłady
 Ostatnia Krucjata
 Królestwo Kryształowej
    Czaszki

 Przygody młodego
    Indiany Jonesa

 Indy na DVD
       Gry
 Last Crusade
 Fate of Atlantis
 Infernal Machine
 Emperor's Tomb
       Książki
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Komiksy
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Publikacje
 Artykuły
 Wywiady
 Poradniki
       Fandom
 Opowiadania

 Skarb Chaldejczyków
 Zaginiony Skarb Templ...
 Miecz Mahometa
 Ostatnie Kamienie San...
 Sztylet Króla Pernokliusa  Szkarłatna Włócznia
 Święte Skrypty Biblii
 Taniec Śmierci
 Pierwsza Wyprawa
 Galeria
 Filmy
 Kolekcje
 Fanklub
       Download
 Filmy
 Muzyka
 Tapety
 Napisy
 Ikony, kursory i czcionki
 Avatary

  Opowiadania
Indiana Jones i Pierwsza Wyprawa
Sobota, 7 sierpnia 2004

    "Nie oczekuj niczego, bądź gotów na wszystko" - George Leonard


    New Jersey, rok 1953

    Na pogrzebie nie było zbyt wiele osób, a większość już się zdążyła rozejść. Także Indiana Jones z kilkoma przyjaciółmi powoli zmierzali do samochodu. Ponura twarz Indiany i jakby nieobecne spojrzenie zdradzały jego uczucia.
    - Przykro mi z powodu twojego ojca - powiedziała cicho Sophia. - Nie możesz się jednak załamywać...
    Archeolog tylko kiwnął nieznacznie głową. Teraz naprawdę był sam. Choć przez większą część życia nie miał kontaktu z ojcem, to wiedział przynajmniej, że go ma i nie jest tak całkiem sam, jak często mówił. Przez te ostatnie 15 lat (licząc od poszukiwań Świętego Graala), które ich do siebie przybliżyły, starał się nadrobić stracony czas. Ale czuł, że to za mało. Teraz czekało go porządkowanie wszystkich rzeczy i dokumentów, wsiadł więc do samochodu i pojechał w stronę domu ojca.


    Rok później

    Indy leżał na kanapie słuchając radiowego serwisu informacyjnego. Mówiono coś o zimnej wojnie i wyścigu zbrojeń... Jakoś nieszczególnie interesowały go światowe wydarzenia. Nawet jeśliby miało dojść do wybuchu wojny, to co z tego? Przeżył już dwa wielkie konflikty, a ten kolejny nie powinien zrobić mu jakiejś szczególnej różnicy. Poza tym nadawano bardzo propagandowe programy. Nic niezwykłego - propaganda jest stara jak świat, więc czemu miałby się przejmować akurat tą? Sięgnął po butelkę whisky, która leżała na podłodze tuż przy kanapie. Szklanki już nie szukał - jakoś mu nie zależało. Wypił sobie prosto z gwinta. Nie wiedział, który to raz dzisiaj, dawno stracił rachubę. Pił za dużo i dobrze o tym wiedział, ale nic nie chciał zrobić w tym kierunku. Dobrze jest, tak jak jest teraz i po co miałby to zmieniać? W radiu puścili stary kawałek "Anything Goes".
    - Szanghaj, rok 1935, tam to była zabawa... - pomyślał z nutką nostalgii. - Kolejna wielka przygoda i znajomość z piękną Willie Scott... Stare dobre czasy nie powrócą...
    Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. To był listonosz, tylko on zawsze dzwonił dwa razy. Prawdę mówiąc od śmierci ojca Indy raczej nie przyjmował zbyt wielu gości, nawet przyjaciół, a i z listonoszem nie rozmawiał dużo, jeśli nie chodziło o przesyłkę. Indiana podniósł się ospale z kanapy i ruszył w stronę drzwi.
    - Tak? - rzucił ze znużeniem.
    - Dzień dobry, panie Jones! Polecony do pana, proszę tu podpisać - wręczył kopertę i pokwitowanie, na podpisanie którego Indy był jeszcze dość trzeźwy. - Dziękuję, do widzenia!
    Indiana trzasnął drzwiami. Wracając na swoją ukochaną kanapę, spojrzał na list. Nic szczególnego, ale postanowił otworzyć. Na kartce, zapisanej na maszynie, widniało logo CIA. Przeczytanie zostawił jednak na później, priorytetem było dokończenie whisky i wyspanie się.
    Obudził się późnym popołudniem. Przeleżał jeszcze chwilę i sięgnął po kopertę.

"CENTRALNE BIURO WYWIADOWCZE        29.06.1954 WASZYNGTON D.C.
    Dr Jones, prosimy o jak najszybsze stawienie się w głównej siedzibie CIA. Chodzi o dawno zamkniętą sprawę z roku 1936..."

    - Odgrzewanie starych kotletów - Indiana zdegustowany odłożył nie doczytany list. - Jeśli nie pojadę zobaczyć, o co im chodzi, to się pewnie jeszcze Skarbowy o podatki uczepi.


    Siedziba główna CIA, Waszyngton

    W biurze przywitał go wysoki rangą agent CIA. Nie wyglądał na pracującego w terenie, raczej na grubszą rybę, która większość życia spędza na konferencjach na najwyższych szczeblach i ściskaniu dłoni innym szychom.
    - Nazywam się Musgrove. Miło mi, że pan przybył, doktorze Jones! - z oklepanym i nudnie przyjemnym uśmiechem zaprosił Indianę do gabinetu. - Proszę usiąść.
    - A więc o co chodzi? Za półtorej godziny mam pociąg powrotny do domu, więc proszę od razu do rzeczy.
    Musgrove, nieco zbity z tropu - spodziewał się tradycyjnej wymiany uprzejmości - wyjął jakieś stare akta i pokazał Indy'emu.
    - Pamięta pan pewnie tą sprawę z roku 1936, która dotyczyła Abnera Ravenwooda, meldunków niemieckich archeologów z Egiptu...
    - Sprawa Arki Przymierza, mówiąc krótko.
    - Dokładnie. Otóż skrzynia zawierająca Arkę została w niewyjaśnionych okolicznościach wykradziona z rządowego magazynu...
    - Arka Przymierza znów zaginęła?! Rany! I co macie zamiar z tym zrobić?!
    - Chcemy, żeby pan się zajął jej odnalezieniem. Z pewnych źródeł wiemy, że jest w to zamieszane KGB. Widziano niezidentyfikowane pudło ładowane na pokład "United States". Przeładowano je we Francji na kuter "Iwan Groźny", który zawinął do gdańskiego portu, w Polsce. Być może nadal tam jest, ale nie jesteśmy pewni.
    - Niezidentyfikowane pudło... Phi, też mi coś! - zaśmiał się Indiana. - I na pewno była w nim Arka Przymierza...
    - Tak właśnie przypuszczamy...
    - Jeżeli sądzicie, że zajmę się tym, to jesteście w dużym błędzie!
    - To jest pańska sprawa - pan ją zaczął i pan ją skończy. Nikt nie zrobi tego równie dobrze, jak pan.
    - Jak wy to mówicie? "Sprawa uległa przedawnieniu"... To było prawie dwadzieścia lat temu. Nie zdajecie sobie sprawy, ile się w tym czasie zmieniło! Znajdźcie kogoś innego - Indy wstał szykując się do wyjścia.
    - Doktorze Jones... - Musgrove starał się go jeszcze przekonać, choć zdawał sobie sprawę, że na próżno.
    - Muszę pędzić na pociąg. Do widzenia i powodzenia! - Indiana trzasnął drzwiami nim agent zdążył się podnieść zza biurka.
    Musgrove nie był zaskoczony. Spodziewał się odmowy, więc jak każdy szanujący się agent, miał swój plan "B". Z szuflady biurka wyjął nieduży notes i poszperał w nim chwilę. Sięgnął po telefon i wykręcił jakiś numer.
    - Marion Ravenwood? Dzień dobry, Musgrove z tej strony. Nie, oczywiście, że się nie zgodził. Teraz twoja kolej, nakłoń go po swojemu. Liczę na ciebie. Wiesz, jakie to ważne. Na razie - Musgrove odłożył słuchawkę i pewny swego, rozparł się wygodnie w fotelu.

    Indy wracając do domu zahaczył o knajpkę. Nie jakiś tam modny, drogi pub, ale zwykłą knajpę zupełnie na uboczu. Lubił tu pić, bo nigdy nie było tłocznie. Właściwie to zawsze było tu zupełnie pusto. Barman nie należał do tych, którzy stoją nad upitym klientem i ze spokojem słuchają niekończących się zwierzeń. Indianę to drażniło. Tutaj siadał sobie w kącie i nie musiał się przejmować, że zaraz ktoś będzie chciał się przysiąść do rozmowy i kielicha.
    Pora była już późna, świeciły latarnie i całkiem opustoszały ulice, kiedy po pijanemu usilnie starał się trafić kluczem do zamka. W końcu udało mu się dostać do domu. Idąc po omacku po ciemnym salonie, rozbił się o fotel i już na nim zasnął.
    Obudziło go silne łomotanie do drzwi. Ktoś się dobijał chyba już od dłuższego czasu. Spojrzał na zegarek - było po dwunastej. Wstał z fotela, pociągnął łyk szkockiej i niespiesznie ruszył w stronę drzwi. Za progiem stała Marion Ravenwood. Przyszła w określonym celu - pomyślał Indy - i, nie ma mocnych, nie odpuści. Nie ona.
    - Cześć, Indy! Przyszłam w pewnej konkretnej, niezwykle ważnej sprawie.
    - Witam. Wejdź, proszę. Czyżbym się domyślał, o co chodzi?
    - Tak. Chodzi o Arkę Przymierza... Dlatego tu jestem.
    - Mam się zająć starą robotą? Niech ktoś inny się za to weźmie, to już nie moja działka.
    - Owszem, twoja. Ty to zacząłeś i ty to dokończysz. A ja razem z tobą.
    - Jeżeli tak ci zależy, to idź za tropem, ale beze mnie - odparł gorzko.
    - Musisz to skończyć - Marion była jak zawsze nieugięta. - Wiesz czym jest Arka i jakim może być zagrożeniem, gdy wpadnie w niepowołane ręce. A właśnie znalazła się, lub wkrótce znajdzie, w posiadaniu Związku Radzieckiego. Musisz po raz kolejny zapobiec użyciu tej groźnej broni przez wrogów ludzkości.
    Indiana wyraźnie nie wytrzymał tej gadki i chwycił dziewczynę mocno za ramiona.
    - Posłuchaj mnie, Marion...!
    - Nie, to ty słuchaj! - wyrwała się zdecydowanym ruchem. - Od śmierci ojca zmieniłeś się zupełnie nie do poznania, zamknąłeś się w sobie, nikt i nic cię nie obchodzi, regularnie jesteś zalany. Nie mogę zrozumieć, co się z tobą stało?
    - Nie masz pojęcia, co przeżyłem - odpowiedział cicho i z goryczą w głosie.
    - Ale przeżyłeś, prawda? Trzeba żyć dalej i zapomnieć, odpuścić wszystkie żale. A ty się załamujesz i nawet nie próbujesz walczyć. Siedzisz i się powoli wykańczasz. Stałeś się cyniczny i odludny. Tylko spójrz na siebie! Zamierzasz tak ciągnąć, czy może podać ci rewolwer?
    - Robisz się nieznośna! Może byś zrozumiała, gdybyś tylko wiedziała, jak zginął mój ojciec - twarz Indiany przybrała dziwny wyraz, na poły smutku, na poły mordercy.
    - Został zastrzelony w swoim domu... - Marion wyraźnie się zmieszała. - Wiem to przecież... Każdy wie...
    - Pamiętasz może poszukiwania Grotu z Włóczni Świętego Maurycego, które prowadziłem wspólnie z ojcem? Miałem ten Grot, miałem ten kawał cholernego żelastwa. Tamci szabrownicy, od których go odbiliśmy, wysłali nam potem kilka telegramów i listów z pogróżkami. Grozili mi i ojcu śmiercią, ale uważałem to za czcze gadaniny. W ostatniej kopercie była zakrwawiona kula... Zgadnij, co się stało? - nie czekając na odpowiedź Marion, dokończył: - Pojechałem do domu ojca... Włamali się, a on leżał pod oknem w kałuży krwi. Zabili go z mojej winy, z mojej zachłanności. Gdybym chociaż pojechał z Grotem, ale nie, nie chciało mi się ryzykować skopania tyłka... To by było na tyle, wystarczy?
    - Nie zginął z twojej winy. Nie mogłeś, nikt nie mógł przewidzieć, jak się sprawa potoczy.
    - Nie pocieszaj mnie, nawet nie masz co próbować. Zachowałem się jak ostatni szczeniak, powinienem był się domyślić, co może się stać. Wysyłali przecież listy i dobrze wiedzieli, że moja śmierć nic by im nie dała, ale ojca - to co innego...
    - Po pierwsze: wcale cię nie pocieszam. Nie mam najmniejszego zamiaru użalać się nad tobą. Po prostu stwierdzam fakty. Po drugie: przegrałeś z nimi, a oni tylko tego chcieli, byś się załamał. Stało się, było, minęło. Zapomnij i zacznij na nowo, masz dużo do zrobienia.
    - Było, minęło?! Zapomnij?! Przeze mnie mój ojciec nie żyje. Myślisz, że to takie łatwe?
    - Na pewno nie. Ale minął rok, cały długi rok. Mógłbyś chociaż spróbować.
    Indiana nie odpowiedział. Nieobecny wzrok wbił gdzieś za okno, daleko poza horyzont. Tymczasem Marion zaczęła obszukiwać wszystkie szafy, szuflady i półki. Doskonale wiedziała, czym może ostatecznie przekonać Indy'ego. Znalazła dopiero na zakurzonym strychu pełnym starych gratów. Porzucony, bez żadnych należnych honorów, stary, tak niegdyś kochany strój - prawdziwa cząstka osobowości właściciela. Wzięła kapelusz i otrzepała nieco z kurzu. Z najwyższym obrzydzeniem strzepnęła też starą pajęczynę z martwym już od dawna pająkiem. Zadowolona zeszła powoli na dół. Indiana siedział na kanapie. Gdy Marion podeszła bliżej, wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na nią.
    - Co przyniosłaś?
    Jeszcze nim dokończył pytanie, kobieta przyklękła i z pełnym namaszczeniem założyła fedorę na głowę Indy'ego.
    - Nadal w nim dobrze wyglądasz - powiedziała z uśmiechem, jakby zobaczyła kogoś, kto miał być już stracony na zawsze. - Chodźmy po resztę.
    Gdy założył już strój, pamiętający pełne przygód wyprawy, na jego twarz wrócił pogodny uśmiech. Złapał bat rzucony mu przez Marion.
    - Nie wiem, czy jeszcze umiem się nim dobrze posługiwać. Bat to nie jak jazda na rowerze - trzeba cały czas ćwiczyć...
    - Nie dramatyzuj, przypomnisz sobie. Musisz tylko skończyć z takimi ilościami alkoholu, przecież nie będziesz strzelał po pijanemu.
    - No, miło było przypomnieć sobie stare, dobre czasy - schodził na dół, znowu w jeansach i wymiętej koszuli.
    - Powspominać? Kochany, ty do nich wracasz! Robota czeka!
    - Marion, nie uważasz, że jestem trochę za stary na te dzikie eskapady, bijatyki i w ogóle? Rozpadnę się gdzieś po drodze! Niech weźmie to jakiś młody. Dla mnie tylko emerytura i spokojna starość przy plewieniu chwastów w ogródku.
    - Indiana, jeszcze ten jeden raz. Potraktuj to jako swego rodzaju rehabilitację - zablokowała go, by znów nie siadł na kanapę. - Zresztą kto mówi, że od razu będzie nie wiadomo jak groźnie...
    - Zawsze tak było, oboje dobrze o tym wiemy. I nie chcę żadnej rehabilitacji. Dobrze mi tak, jak jest. Zmieńmy temat.
    - Indy, nie możesz tak po prostu powiedzieć: "Słuchaj, Marion... Fajnie było powspominać, ale teraz zmieńmy temat". Nie porzucisz tak nagle swojej przeszłości, nie zerwiesz z nią łatwo. Będzie cię prześladować. Musisz wyruszyć na tą wyprawę, pierwszą od lat.
    - Wyszedłem z wprawy, to nie będzie niedzielna przejażdżka tramwajem po zakupy. Nie dla mnie takie akcje! Naprawdę, znajdźcie sobie jakiegoś młodzika, najlepiej żółtodzioba, to się jeszcze zabije przy okazji...
    - Dostosujesz metody pracy do swojego wieku, skoro koniecznie chcesz. A najwyżej dostaniesz rządową rentę.
    - I medal? - zapytał z ironią.
    - I medal - Marion nie dała zbić się z tropu.
    - I stanę się bohaterem narodowym? - całkiem rozbawiony Indy kontynuował tą dziwną, głupią grę.
    - Bohaterem, jakich mało - uśmiechnęła się od ucha do ucha. Czuła, że wygrała.
    - Jakoś nie jestem przekonany, ale chodźmy. Zobaczymy, co można jeszcze zrobić. W końcu dla rządowej renty, medalu i rozgłosu zawsze byłem gotów robić różne rzeczy. Może nie będzie aż tak źle?

    Weszli do wojskowego samolotu szpiegowskiego, zapchanego systemami i urządzeniami, dzięki którym miał być niewidoczny dla radarów wroga. Całkowitego bezpieczeństwa jednak nie gwarantował. Na pokładzie czekał na nich ubrany po cywilnemu major Dariusz Konecki. Pochodził z Polski, uciekł wraz z rodziną do Stanów w roku 1941, gdy miał 13 lat. Teraz został przydzielony dr Indianie Jonesowi i Marion Ravenwood w charakterze eskorty i przewodnika.
    Nastała noc, kiedy przelatywali przez Atlantyk. Francja rozświetlona była wielkomiejskimi światłami, a w Zachodnich Niemczech już za kilka godzin ludzie jak co dzień wstaną do pracy. "Żelazna Kurtyna" zbliżała się w zastraszającym tempie. Indiana czuł, że nie jest jeszcze na to przygotowany i nie miał wielkiej ochoty lądować w jakimkolwiek kraju bloku komunistycznego. A w dodatku szukać Arki Przymierza, która znów gdzieś się zawieruszyła. Błąd, wielki błąd... O wiele za łatwo ulegam kobietom, kiedyś przez to zginę - pomyślał Indy. "Kiedyś" to znaczy w ciągu najbliższych kilku dni. Przynajmniej przekona się, co dzieje się z duszą po śmierci. Ale trudno, nie było odwrotu. Oparł się o leżące w ciasnej maszynie jakieś plecaki i zasnął.
    Obudziła go Marion, szturchając mocno:
    - Koniec drzemki, jesteśmy nad Polską, niedługo lądujemy!
    - Lądujemy? - zaśmiał się głośno Konecki, był szczerze rozbawiony. - To nikt wam nie powiedział, biedactwa...?
    - Nie powiedział czego? - Indy bardzo się zaniepokoił wesołością majora.
    - Widzicie te szare plecaki za wami? To spadochrony - będziemy skakać!
    - Chwilunia, umowa tego nie obejmowała. Mieliśmy wylądować w jakiejś wsi pod Gdańskiem...
    - Wylądować? - Konecki wprost skręcał się ze śmiechu - Zbiegłaby się milicja, wojsko i Bóg jeden wie, co jeszcze! Jesteśmy Amerykanami, kapitalistami, wrogami i nie wykluczone, że sprowadzamy susze rujnujące ciężką pracę rolników. Władze komunistyczne rozstrzelałyby nas bez wyroku sądowego z prawdziwego zdarzenia i doszłoby do wybuchu Trzeciej Wojny. Choć nam będzie to już zupełnie obojętne...
    - Nie mam zamiaru skakać, to nie na moje lata! Albo lądujemy albo zawracamy! Nie dam zrobić się w konia.
    - Przykro mi, doktorku, ale nie masz wyjścia.
    Indiana doskonale wiedział, że jego upór jest zupełnie bezcelowy. Znów wpakował się w niezłe bagno. W końcu zapaliła się lampka. Ta czerwona, nieznośna lampka sygnalizująca, oznajmująca że właśnie nadszedł czas skoku.
    - I pamiętajcie! To rozkaz: skaczecie, liczycie do pięciu, potem z całej siły ciągniecie za tego dinksa i lądujecie - obie nogi razem i ugięte. Więc wypad! - wypchnął Marion, bo przecież kobiety zawsze mają pierwszeństwo, zaraz za nią Indy'ego i na końcu wyskoczył sam. Samolot wykonał ostry zwrot z powrotem na zachód.
    Cała trójka bezpiecznie wylądowała pod osłoną nocy na polu młodej pszenicy. Zwinęli spadochrony w jak najmniejsze kłębki i porzucili w rowie biegnącym przy szosie. Po długim oczekiwaniu zza zakrętu pojawiły się światła pojazdu i złapali na stopa rozklekotaną ciężarówkę. Darek pogadał chwilę z kierowcą i ruchem dłoni wskazał Indianie i Marion, by weszli na pakę. Gdy już wóz ruszył, podrzucił im kosz z jabłkami i sam wskoczył na platformę.
    - Powiedział, że zawiezie nas do Gdańska, gdyż sam tam jedzie. I prosił, byśmy poczęstowali się jabłkami. Na waszym miejscu nie odmówiłbym, są przepyszne - zaśmiał się i wgryzł w duży, soczysty owoc.
    Jazda nie należała do najprzyjemniejszych - strasznie trzęsło na wyboistych drogach. Na szczęście już po pół godzinie mogli się rozprostować i pożegnali kierowcę.
    - Uwielbiam to miasto, urodziłem się niedaleko stąd - Dariusz z sentymentem popatrzył na majaczącą w oddali wieżę kościelną, masy krzykliwych mew unoszących się jeszcze dalej, ponad portem i wciąż remontowane po wojennych zniszczeniach kamieniczki. A wszystko to przy powoli różowiejącym niebie - Ale teraz chodźmy do portu wypytać o "Iwana Groźnego". Nasi tajni agenci donieśli, że to, czego szukamy, zostało załadowane na tą właśnie jednostkę we Francji. Łajba należy do znanej szajki przemytników i przypuszczalnie nadal dokuje w Gdańsku.

    - "Iwan Groźny", powiadacie? - z grupki siedzącej w ogródku jednej z tawern podszedł wysoki mężczyzna w średnim wieku. Z akcentu można było poznać, że jest Rosjaninem. - A co wam do tego?
    - Mamy parę pytań co do ładunku, który ponoć przewozicie - odparł szybko Dariusz. Zbyt szybko. Rosjanin przyjrzał się podejrzliwie całej trójce. Również pozostała część towarzystwa pilnowała wzrokiem stojących.
    - To jest ostatnia rzecz, jaka powinna was interesować. Więc lepiej spływajcie.
    - Spokojnie, człowieku - Indy, gdy tylko odświeżył sobie trochę pamięć, w języku rosyjskim starał się złagodzić sytuację. - Szukamy dobrego statku, którym moglibyśmy przerzucić siebie i drobny towar do Związku. Dlatego pytamy, bo chcemy wiedzieć, czy "Iwan" byłby odpowiedni.
    - Odpowiedni? Lepiej nie mogliście trafić. I wiedzcie, że "Iwan Groźny" to nie pusta nazwa. Co to za towar?
    - I jeszcze jedno - żadnych pytań!
    - To mi się podoba - uśmiechnął się przebiegle Rosjanin. - Może się przysiądziecie do mojej wesołej szmuglerskiej kompanii? Warto byłoby omówić warunki.

    Ponieważ kuter miał odpłynąć dopiero następnego dnia wieczorem, trójka Amerykanów wynajęła pokoje w jakimś tanim hotelu, by odpocząć i opracować wstępny plan działania.
    - Gdy pójdą spać, wkradniemy się do ich ładowni, żeby sprawdzić, czy Arka rzeczywiście tam jest - zaczął entuzjastycznie Darek.
    - A jeśli będzie, unieszkodliwimy załogę i zawrócimy łajbę na zachodnią stronę Kurtyny! - dokończyła Marion.
    Indiana nie był aż tak optymistycznie nastawiony do całej akcji.
    - A jeżeli się dowiedzą, czego szukamy? Ich było pięciu, może sześciu. Nie wiem, jak wy, ale ja już jestem na to za stary. Nie ten wiek, żeby się tłuc!
    - Trochę więcej pewności siebie, Indy - Dariusz podał mu jabłko. - Wiesz, na czym polega "wojna szarpana"? Jak nie siłą, to sposobem.
    - Dobra, dobra. Z załogą sobie jeszcze jakoś poradzimy, ale idę w zakład, że Armia Radziecka także będzie dbała, by towar do nich dotarł. W końcu to Arka Przymierza, a nie ładunek orzechów kokosowych. Mogą być eskortowani, przynajmniej od granicy Związku. A nawet jeśli nie, przez radio sprowadzą nam połowę armii, kiedy tylko załapią, o co nam tak naprawdę biega - westchnął i cicho mruknął do siebie: - Kurczę, jednak powinienem teraz leżeć na kanapie, w ciepłym domciu...
    - Tak?! I się upijać?! - Marion wściekła się. Miała ochotę dobrze przyłożyć Indianie.
    - Właśnie tak! Odczep się w końcu i nie zaczynaj znów wyrzucać mi wszystkiego, co się tylko da. Staram się uświadomić was, że cała ta akcja nie będzie tak łatwa, jakbyśmy tego chcieli. I tylko tyle, a ty zaraz naskakujesz.
    - Słuchaj, jeżeli masz zamiar marudzić, to zostań tu, bo będziesz nam tylko utrudniać. Sami uratujemy świat przed Trzecią Wojną.
    - Wyświechtane bzdety! Ratowanie świata! A kto WAS uratuje?!
    - Hej! Przestańcie się kłócić! Zostawcie siły na później. Fakt faktem, będzie ciężko, ale chyba sobie poradzimy. Sprawdzimy przy okazji, na ile urodziliśmy się szczęściarzami.
    Większą część następnego dnia spędzili na mieście, a jako że Dariusz Konecki pochodzi z tych okolic, służył za przewodnika. Miasto jeszcze odradzało się z powojennych zniszczeń, powoli, lecz sukcesywnie. Najruchliwszą częścią była Starówka i niezmiennie tętniący życiem port. Gdyby nie obraz podniszczonych budynków, można by pomyśleć, że wojenna zawierucha zupełnie zapomniała o Gdańsku.
    Dzień zbliżał się ku końcowi. Dariusz, Marion i Indiana wymeldowali się z hotelu i zabrali swoje rzeczy, których zresztą nie było wiele. Taksówką pojechali szybko do portu, gdzie silnik "Iwana Groźnego" już warczał. Kuter był gotowy do wyjścia w morze.
    Nie była to duża jednostka - zbudowana i zwodowana jeszcze przed wybuchem wojny, w 1938 roku. Pierwszy silnik, parowy, zastąpiono jakiś czas temu spalinowym. W ogóle cały statek przechodził wiele modyfikacji, więc ciężko było stwierdzić, co wchodzi w skład wyposażenia seryjnego, a co jest przerobione.
    Cała trójka weszła na pokład. Wysoki Rosjanin - kapitan na tej łajbie - wskazał im kajutę. Była ciasna, nic nadzwyczajnego, oklejona zdjęciami i pocztówkami z krajów nadbałtyckich, ale też kilku dalszych. Choć byli to przemytnicy - czterech mężczyzn i jedna kobieta, wszyscy z różnych krajów obecnego ZSRR - w ich zachowaniu znać było, że morza nie traktują jedynie jako szlak dla nielegalnego handlu i w miarę łatwego zarobku.
    Gdy się już całkiem ściemniło, odcumowano statek, który zaraz opuścił tłoczny port. Ze wszystkich stron było widać jasne światła miast i ulic wybrzeża. W jednym tylko miejscu była czarna wyrwa, czeluść, przez którą musieli się prześlizgnąć niezauważeni przez jednostki policji i służby celnej. To najtrudniejszy moment. Przez Zatokę Gdańską pruli na pełnych obrotach silnika. Trzy osoby obserwowały otoczenie przez lornetki, a jedna nasłuchiwała radia. Tymczasem kapitan jadł kolację. W pewnym momencie jeden z obserwatorów pospiesznie zbiegł na dół.
    - Wladimir, zbliżamy się do granicy!
    Kapitan wstał szybko, zastopował silniki i wygasił wszelkie światła.
    Indiana akurat studiował dokładną mapę Morza Bałtyckiego, która leżała na półce.
    - Aha, zaraz opuścimy Polskę!
    Statek sunął teraz niemal bezgłośnie, a księżyc w nowiu nie zdradzał ich obecności. Jednak mimo to, trzeba zachować czujność - jeden z patroli mógłby zwrócić uwagę na ciemną plamę, która przysłania odległe miejskie światła, a wtedy trzeba będzie salwować się ucieczką.
    Po jakimś czasie - godzinie, może półtorej - po podłodze rozeszło się lekkie drżenie i dało się słyszeć niezbyt głośny, monotonny odgłos silnika. Niemal równocześnie rozpaliły się światła, choć tylko te najsłabsze, dla oszczędzania akumulatora. Droga miała zająć w sumie dwie noce i nad ranem drugiego dnia mieli znaleźć się w Leningradzie.
    Indiana stał na dziobie, oparty o barierkę i patrzył w przepięknie rozgwieżdżone niebo. Myślał wiele na temat tej wyprawy - czy nie jest już za stary na takie eskapady, czy podoła wyzwaniu... Jeszcze niedawno nie miał podobnych dylematów, a rok spędzony na kanapie przy whisky uznałby za rok stracony. Nie był jeszcze do końca przekonany, ale już sobie przypominał, jaki styl życia wiąże się z imieniem Indiana Jones. I były to sprawy nierozerwalne. Inaczej chyba musiałby zmienić nazwisko.
    Z głębokiego zamyślenia wyrwał go odgłos zbliżających się kroków. To był Dariusz. Podszedł do Indiany i oparł się o barierkę obok niego.
    - Co tak tu sam stoisz?
    W odpowiedzi Indy wzruszył lekko ramionami.
    - Chodź do sterowni, pogadamy wszyscy razem, coś chlupniemy i przegryziemy! - Darek szturchnął Indianę lekko w bok, co miało stanowić dodatkową zachętę. - Poznamy lepiej, z kim płyniemy.
    - Czy ja wiem... Może okażą się sympatyczni, a my ich przecież później mamy się sprzątnąć...
    - Wiesz, czasem nie jest dobrze zbyt wiele się nad tym zastanawiać. Zresztą nie musimy ich tak zaraz zabijać, wystarczy unieszkodliwić na jakiś czas, albo wywalić gdzieś na brzeg. Coś się wykombinuje. Nie myśl tyle, tylko chodź. Mamy małą imprezkę!

    W sterowni, a jednocześnie jadalni i reprezentacyjnym saloniku, cała ośmioosobowa grupa siedziała, rozmawiając w najlepsze.
    - Bo widzicie, drogie szczury lądowe i moje wilki morskie... - kapitan Wladimir zwrócił się kolejno do amerykańskich wysłanników i do reszty swojej załogi. - Jesteśmy handlowcami, ładnie ujmując. Na morzu są nasze szlaki handlowe i wpadamy tak od portu do portu, przerzucamy towary i ludzi. Zarabiamy na tym. Niewiele, ale wystarczająco. Ale tu nie pieniądze są najważniejsze, a i morze nie jest tylko zwykłą trasą przelotową, że tak to określę. I pozwólcie, że porównam nas do Beduinów, czy innych takich plemion koczowniczych. Karawanami przewożą płótna, jedwabie, pachnidła, przyprawy i Bóg wie, co jeszcze. Ale dla nich pustynia to nie tylko szlak handlowy - to sposób życia! Wędrówka przez ocean wydm, spanie pod rozgwieżdżonym niebem, nigdy nieumierająca nadzieja, że zielona oaza jest już blisko. Powiadam wam, to nie tylko ciężka harówa! Zarówno dla ludzi pustyni, jak i dla nas, to styl bycia!
    - Szefie, skończże z tym ględzeniem! - krzyknęła radośnie jedyna kobieta z załogi, rozlewając obficie po kieliszkach. - Może byś lepiej toast jaki wymyślił? Ach, a podobno to kobiety są takie niepraktyczne i gadatliwe...
    - A więc, panowie... no, i panie! Za wszystkich Beduinów morza i koczujących na wodzie!
    Cała reszta powtórzyła głośno i wlała wprost w gardła palącą wódkę.
    Noc upłynęła na gwarnych rozmowach na wszelkie możliwe tematy i wymyślaniu najrozmaitszych, żeby nie powiedzieć cudacznych, toastów. Południe zastało ich na morzu pomiędzy Gotlandią a Łotewską Republiką Radziecką i nie widzieli stąd żadnego brzegu. Płynęli bardzo, ale to naprawdę bardzo powoli. Mogliby wprawdzie dużo szybciej, ale po co?
    - Dzień dobry, moje szczurki! - kapitan uśmiechnął się do opalającej się na pokładzie trójki. Nazywał ich "szczurami lądowymi", ale nie miała to być obelga. W ogóle był w stosunku do nich bardzo przyjacielski. - Mogę się przysiąść? - usiadł na krześle, które podsunęła mu Marion. - Wbrew temu, co sądzi wielu ludzi, na morzu nie ma wiele do roboty. Ale jak już jest, to bardzo mecząca, ale i satysfakcjonująca.
    - Leningrad to wasz ostatni przystanek, czy jeszcze gdzieś dalej płyniecie? - Indy zadał pytanie tylko z pozoru nic nieznaczące.
    - Drogą morską - tak. Ale jeden zleceniodawca miał życzenie, byśmy jego towar dostarczyli lądem aż do Moskwy, ma na nas czekać samochód. Wprawdzie to dużo roboty, ale co tam - dobrze zapłacił. Ech... - uśmiechnął się trochę zmieszany. - Gaduła jestem straszny, od razu komuś wygadam jakąś tajemnicę zawodową... Zresztą wyglądacie mi na zaufanych, równych gości. Mam nadzieję, że nie wypaplacie nic nikomu...
    - O to już się nie martw, możesz na nas liczyć - zdobyli informację, jaką potrzebowali. Bo przecież co innego mogło być zawożone do Moskwy, jeśli nie Arka Przymierza?
    Dariusz, Marion i Indiana czekali aż zrobi się ciemno. Załoga poszła dziś wcześniej spać, zmęczona jeszcze poprzednią nieprzespaną nocą.
    - A więc do ładowni - Dariusz wziął ostatni łyk herbaty. - Jeśli Arka tam będzie, to co wtedy? Zawracamy statek?
    - Tak umawialiśmy się na początku, jeszcze w Polsce - przypomniała Marion. - Więc najlepiej trzymajmy się planu: najpierw unieszkodliwimy...
    - Nie - Indy uciął krótko. - W obecnej sytuacji lepiej będzie odbić ją dopiero na lądzie. Nie będziemy się bić z piątką silnych ludzi i to na ich własnej łajbie. A przynajmniej ja jakoś nie mam na to ochoty...
    - Może Indy ma rację. Mogliby wezwać jakieś jednostki Armii Radzieckiej, wtedy byłoby nieprzyjemnie - Dariusz zastanawiał się głośno. - Co prawda, na lądzie też możemy być ścigani przez wojsko, ale to już inna sprawa... Dobra, nie marnujmy teraz czasu, idziemy zobaczyć ładunek!
    Korytarz był oświetlony, choć bardzo słabo. Trójka została już wcześniej dokładnie zapoznana ze statkiem - nie byli tylko w ładowni. Szli bardzo cicho, nie rozmawiali nawet szeptem. Co chwila zatrzymywali się, by sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie idzie. W sumie jednak nie spodziewali się nikogo, a już na pewno nie przy skrzyniach z przemycanymi towarami. Szybko znaleźli odpowiednie drzwi. Dariusz ostrożnie nacisnął klamkę.
    - Zamknięte - szepnął do stojącego za nim Indiany.
    - Marion... Marion, daj spinkę do włosów! - Indy nastawił dłoń, przyglądając się przy tym zamkowi.
    - Indy...
    - Co? No daj tą spinkę!
    - Przecież ja nie noszę spinek do włosów...
    - Co?! Nie nosisz spinek? - Indiana był szczerze zdziwiony. Myślał, że każda kobieta nosi spinki do włosów, a szczególnie wtedy, gdy trzeba odblokować jakiś zamek.
    - Spokojnie - Darek pogrzebał po kieszeniach i z agrafką przysunął się do drzwi. - Zawsze mam takie drobiazgi na wszelki wypadek.
    Po krótkim grzebaniu zamek zaskoczył i drzwi były otwarte. Weszli powoli do ciemnego pomieszczenia i zapalili latarki, które wzięli ze sobą. Było tu dużo skrzyń różnej wielkości, poukładanych dość luźno w sporej ładowni.
    - Dużo ich tu, która jest nasza? - Marion była zaniepokojona, bo nie mieli przecież zbyt wiele czasu.
    - Nie powinna być duża. Może nie pakowali Arki do nowej skrzyni, będzie miała wtedy amerykańskie oznaczenia...
    Nim Indy skończył mówić, od strony schodów usłyszeli kroki. Jurij, mechanik na statku, zauważył otwarte drzwi do magazynu i światła w środku, więc przyszedł to sprawdzić.
    - A wy, kurczę, co tu robicie?! - wrzasnął na widok pasażerów z pogaszonymi już latarkami - Szpiedzy! Zabiję jak psy!
    Dobył z kabury pistolet i wymierzył w Dariusza, czekając na jakieś wyjaśnienia. Kątem oka zauważył Indianę, który właśnie starał się trzasnąć z bata i wyrwać pistolet Rosjaninowi, ale nie bardzo mu wychodziła ta stara sztuczka.
    - Co to niby ma być? Kowboj? - zaśmiał się do Indy'ego, wciąż trzymając Darka na muszce. W tym samym momencie rozległ się głośny trzask, a napastnik złapał się za udo mocno klnąc. Wtedy Konecki szybko powalił go na ziemię i związał leżącą w pobliżu liną.
    - Przepraszam, miało być w rękę - Indy był wyraźnie zmieszany faktem, że wyszedł z wprawy. - Chyba powinienem trochę poćwiczyć...
    - Miejmy tylko nadzieję, że reszta się nie obudziła przez ten hałas. Zamknę lepiej drzwi i wracajmy do ładunku.
    - Hej, Indy! - Marion zawołała półszeptem gdzieś z głębi ładowni. - "TOP SECRET". Tego szukaliśmy?
    - Tak, to chyba ona! Otworzymy, to się przekonamy.
    Skrzynia była mocno zabita gwoździami, więc potrzebowali łomu, by ją otworzyć. Musieli być ostrożni, by nie uszkodzić ani Arki, ani starego drewnianego pudła. Gdy już zdjęli pokrywę, zaświecili do środka latarkami. Światło odbijało się mocno od szczerozłotej pokrywy i wieńczących ją cherubów, raziło bardzo w oczy. W złotym, tajemniczym blasku Arki Przymierza było widać unoszące się w powietrzu maleńkie drobinki kurzu, sprawiało to niesamowite wrażenie. Aż...
    - Ciarki mnie przeszły... brrr... Wspaniałe... - wzdrygnął się Dariusz, gdy nieśmiało spoglądał na artefakt.
    - Wspaniałe... Też tak sobie na początku myślałem. Cholerna złocona skrzynia. Tyle się przez nią nerwów najadłem...
    - Wtedy ci się podobało. Mówiłeś, że to jest właśnie to, co lubisz najbardziej - wtrąciła Marion widząc niechęć Indiany. - Strasznie narzekasz, zupełnie cię nie poznaję...
    - Dobra, zanim znów zaczniecie się kłócić, zakryjmy ją z powrotem i wracajmy na górę. Jeszcze nasza robota się nie skończyła.
    Nakładając pokrywę drewnianej skrzyni odcięli powoli mistyczny blask zabójczego przedmiotu i pozostało im tylko blade, nudne światło latarek. Następnie wrócili do kajut, zostawiając w ładowni związanego i jeszcze nie całkiem przytomnego członka załogi kutra. Mieli przed sobą zaledwie kilka godzin snu, zanim znajdą się w Leningradzie.
    - Nie wiemy, jak to wszystko będzie jutro... właściwie dzisiaj... wyglądało - Indiana był zmartwiony, miał wiele obaw.
    - Kapitan mówił coś o czekającym na nich samochodzie... I to oni mają odstawić skrzynię do Moskwy, tym samochodem - Marion pocieszająco klepnęła go po ramieniu.
    - Ale może mieć jakąś obstawę... Wojsko, milicja, czy coś takiego. Będzie też niedobrze, gdy znajdą tamtego związanego gościa.
    - Tak, o tym nie pomyśleliśmy... Może być problem. Trudno! Pożyjemy, zobaczymy!
    - O ile dożyjemy... W każdym bądź razie - dobranoc wszystkim. Obudźcie mnie, gdy będziemy na miejscu! - Indy otuliwszy się kocem obrócił się na drugi bok.

    Niebo dopiero zaczynało różowieć, gdy wpływali do portu w Leningradzie. Nikt już jednak nie spał, bo trzeba było się przygotować do wyjścia na brzeg. Dla trójki amerykańskich wysłanników był to szczególnie stresujący czas - przede wszystkim musieli jakoś znaleźć samochód mający zawieźć Arkę do Moskwy i jeszcze wkraść się do niego niezauważenie. Siedzieli nie rozmawiając, każdy myślał nad dalszym przebiegiem akcji... Ze śniadaniowych "medytacji" wyrwały ich odgłosy poszukiwań zaginionego kompana przemytników:
    - Jurij! No, gdzie żeś się schował, potrzebny jesteś! - kroki, trzaskanie drzwiami, jeszcze raz kroki, jakaś niewyraźna rozmowa, kilka osób gdzieś poszło. - W ładowni? No coś ty! Ale chyba nie ma większego wyboru - grzechotanie pękiem kluczy, skrzypnięcie metalowych drzwi...
    - Nasza wycieczka dobiega końca, musimy się ewakuować! - Dariusz szybko zebrał swoje rzeczy do torby, rozejrzał się, czy korytarzem nikt nie idzie i wyszedł na otwarty pokład. - Zaraz przejdziemy do abordażu!
    Przez port przepływała akurat niewielka łódź motorowa - wycieczkowiec po Zatoce Fińskiej - i gdy znalazła się odpowiednio blisko, przeskoczyli na nią. Najpierw Marion, potem Darek i na końcu Indiana.
    - Nie było tak strasznie, co nie?
    - Dzień dobry! - zza sterów wychylił się kapitan motorówki. - Czy chcecie popływać po zatoce? Mogę także oprowadzić po mieście!
    - Chętnie, ale proszę zgubić ten kuter!
    - To będzie kosztować ekstra...
    - Nieważne, macie go zgubić!

    - To byli amerykańscy szpiedzy, zabić ich! - kapitan kutra wydał rozkaz, stanął za sterami i pognał za wycieczkowcem. - Ci z góry ostrzegali, że mogą się pojawić tacy i kazali ich wyeliminować!
    Kuter zrobił ciasny zwrot i, nie bacząc na tłok w porcie, zaczął ścigać Amerykanów. Obie jednostki wypłynęły na Newę. Ponieważ pora była bardzo wczesna, ani na wodzie, ani na nabrzeżu nie było tak wielkiego ruchu, jak w porcie. Kapitan motorówki starał się płynąć zygzakiem dla zmylenia przeciwnika. Również rozbryzgująca się woda utrudniała strzelanie załodze kutra.
    - Znam wody tego miasta, jak mało kto! - krzyknął kapitan wycieczkowca, po czym zwrócił statek w jeden z małych kanałów i zniknął załodze "Iwana Groźnego" z oczu.

    - Zgubiliśmy ich! - kapitan kutra wściekle walnął w kokpit. - Kazali być ostrożni, a tu proszę! Wieźliśmy amerykańskich szpiegów na pokładzie do samego Leningradu! Niech to szlag! Trudno, wracamy! Mamy ważniejszą robotę!

    Tymczasem wycieczkowiec wpłynął na kanał Fontanka, minął jeszcze kilka historycznych obiektów i od drugiej strony zjawił się w pobliżu portu. Indy, Marion i Darek wyszli na nabrzeże. Mieli w planach wyśledzić przemytników, dopóki byli jeszcze tu, w Leningradzie.

    "Iwana Groźnego" zacumowano bezpiecznie w porcie, a dzięki pieniądzom obyło się bez formalności. Cały towar z ładowni został już przekazany w odpowiednie ręce. Przemytnikom pozostała tylko ta ostatnia skrzynia. Załadowali ją na wózek i poszli w jeden z małych, odludnych zaułków. Tam czekał na nich samochód. We trzech bez trudu wrzucili skrzynię na platformę niewielkiej ciężarówki, postawili stelaż i okryli azbestowym materiałem. Na oświetlonych różowym blaskiem poranka starych, wilgotnych murach niewyraźnie rysowały się cienie trzech ludzkich postaci. Nikt ich jednak nie zauważył. Po załadowaniu samochodu zamierzali pójść na miasto po niezbędne zakupy - mieli jechać z krótkimi przerwami przez półtora dnia. Odeszli. Na to tylko czekała ukryta trójka. Przygarbione cienie przemknęły po ścianie. Podczas gdy przemytnicy uszli zaledwie kilka kroków, ich samochód nagle wypadł z hukiem zza rogu.
    - Psia krew! Nasz samochód! Czemu nikt nie został go przypilnować?!
    - No, nie mówiłeś, że trzeba...
    - Czy ja wszystko muszę mówić?! Nie domyśleliście się?! Biegiem po telefon, musimy powiadomić Polenina! - tutaj nie brakowało tawern, więc szybko znaleźli aparat i wykręcili odpowiedni numer.
    - Aleksij Polenin, słucham?
    - To ja, Wladimir Vostrikov, kapitan "Iwana Groźnego"... Mamy problem, duży problem!
    - O co chodzi?
    - Amerykańscy szpiedzy... Gwizdnęli nam ciężarówkę z towarem!
    - Że co?! - warknął głos w słuchawce - Straciliście towar?!
    - Tak jest. Postaramy się go odzyskać...
    - Nie postaracie się - odzyskacie go! - stanowczo odparł Polenin. - Ja też wyślę kogo trzeba. Nawet durnej skrzynki upilnować nie potraficie, idioci! - odrzucił słuchawkę.
    - I co robimy, kapitanie? - zapytała kobieta, płacąc za użycie telefonu.
    - Szukamy ich. Bierzemy jakiś pojazd i szukamy zguby - powiedział powoli, gdy wszyscy niespiesznie wychodzili z lokalu, zaraz dodał krzykiem: - Ale już, to był rozkaz!
    Biegnąc znaleźli zaparkowaną nowiutką wołgę. Jako fachowcy w tej dziedzinie, bez trudu włamali się do środka i uruchomili silnik. Ruszyli na pełnym gazie w kierunku, w którym, jak widzieli, odjechała ciężarówka.
    - Nie będzie nam łatwo jej znaleźć. Miasto jest ogromne, mogą być wszędzie!
    - Nie kłap tyle dziobem, przygotujcie lepiej broń. Ale nie strzelać po oponach i silniku!
    Szaleńczym pędem przemierzali zabytkowe uliczki dawnej stolicy Rosji. To właśnie w małych, nieruchliwych miejscach spodziewali się najszybciej ich odnaleźć. I nie mylili się - nagle zza zakrętu wyłoniła się ich ciężarówka, na którą omal nie wpadli. Po szybkim uniku, zamiast na auto, wpadli na śmietniki.

    - Kurczę, znaleźli nas. Zdolni są! - stwierdziła Marion nastawiając lusterko wozu.
    Minęli meczet i mostem przejechali Newę. Za nimi ruszyła ciemnozielona limuzyna. Jechali wzdłuż kanału pomiędzy Letnim Sadem a Polami Marsowymi. Teraz zgubienie pościgu było naprawdę trudne. Mnogość uliczek dawała mnóstwo możliwości, jednak istniały też dobrze znane szmuglerom skróty, które chętnie wykorzystywali. Teraz jechali bardzo blisko siebie, bok w bok. Upchani w samochodzie Rosjanie próbowali zastrzelić Indianę. Poprowadził ciężarówkę na nabrzeże kanału Griboedova i gdy minęli największą w mieście cerkiew, starał się zepchnąć wołgę do wody.
    - Musimy wyjechać z miasta na zachód! - krzyknął Dariusz przeładowując pistolet i celując w limuzynę.
    Jeden z pasażerów spychanego auta przez okno wyszedł na dach i, osłaniany przez resztę, złapał się azbestowej narzuty ciężarówki, starając się wejść do środka. Indy widząc, co się dzieje, gwałtownie ruszył, zrzucając tym samym przeciwnika, ale też uwalniając ich samochód. Mężczyzna spadł na maskę wołgi, lecz szybko się pozbierał i czekał, aż podjadą odpowiednio blisko. W pewnym momencie skoczył na platformę i oddał kilka strzałów w kierunku siedzących z przodu ludzi. Darek wybił kolbą pistoletu resztę tylnej szyby kabiny i oddał dwa strzały, oba chybione. Wtedy skończyły mu się naboje w magazynku. Po bokach zaczęło się już wspinać czterech uzbrojonych ludzi, przesuwając się w kierunku kabiny. Nie miał już czasu na szukanie po kieszeniach zapasowej amunicji. Ponieważ ten samochód to "wiatrołap", Dariusz otwierając gwałtownie drzwi, bez trudu zrzucił najbliższego człowieka. Zostało jeszcze trzech.
    - Siadaj za kółkiem, muszę mu pomóc! - Indy wyciągnął rewolwer i wyszedł przez okno, zostawiając kierownicę Marion.
    Indiana nie był całkiem pewny siebie, bardzo ostrożnie stąpał po wąskim progu ciężarówki i przez materiał trzymał się mocno metalowego stelażu. Przeciwnik kilka razy otworzył ogień, na szczęście nie trafiając, gdyż zbyt trzęsło pojazdem. To samo dotyczyło Indyego - wyszedł z wprawy, dawno nie strzelał, a już na pewno nie w tak ekstremalnych warunkach. Rosjanin, widząc, że broń palna bardzo mu się nie przyda, podszedł bliżej i złapał Jonesa za kurtkę. Ten trzymając się mocno, kopnął napastnika z całej siły. Gość zatoczył się i wisiał teraz nad ulicą, jedną ręką trzymając się wozu, a drugą ciągnął Indianę. Marion widziała wszystko w lusterku i gdy Indy się wyszarpnął, kobieta zrobiła gwałtowny zakręt, zostawiając tym samym wroga na przyulicznym słupie. Kolejny w środku, próbował podejść do kierowcy, kiedy nagle poczuł silne uderzenie - kopniaka od Indiany. Odwrócił się i z wściekłością rzucił na Amerykanina. Powalił go na podłogę, tuż przy krawędzi platformy. Próba uduszenia zakończyła się fiaskiem - Indy, nie tracąc zimnej krwi, przyłożył mocno napastnikowi w brzuch i zwinnym ruchem przerzucił ponad sobą, aż ten wyleciał na zewnątrz i wpadł przez przednią szybę do swoich kumpli w wołdze. Jednocześnie z nim z prawej strony zsunął się ostatni agresor. Samochód zatrzymał się, by zabrać ostatniego potłuczonego towarzysza.
    - Dzięki za pomoc, Indy! Nawet nieźle sobie poradziliśmy, nie?
    Jechali teraz szosą. Nawet nie zauważyli, kiedy opuścili Leningrad. Ciemnozielonej, obitej wołgi nie było teraz widać, ale nikt nie miał wątpliwości, że Rosjanie nie odpuszczą łatwo - będą chcieli z powrotem swoją własność.


    Siedziba KGB, Moskwa

    Pod drzwi biura Sierowa, szefa Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego, szybkim krokiem podszedł Polenin i zapukał cicho, ale nerwowo.
    - Proszę! - rozległo się z wewnątrz. - Aaa, to pan, towarzyszu Polenin. Proszę usiąść. Czy jest już u nas?
    - Nasze przypuszczenia się sprawdziły... Amerykanie zauważyli zgubę i wysłali ludzi, by ją odebrali.
    - Tak? I co w związku z tym zamierzacie? - Sierow bardzo się zdenerwował, zapalił papierosa. - A jeżeli użyją jej przeciwko nam?
    - To wydaje mi się mało prawdopodobne, oni sami chyba nie zdają sobie sprawy...
    - Przymknijcie się! - urwał szef. - Do rzeczy, gdzie jest teraz ładunek?
    - W naszej ciężarówce. Przypuszczamy, że zmierza na zachód. Będziemy potrzebowali pomocy wojska.
    - Weźcie ludzi, samochody, czołgi... Wszystko, co uznacie za potrzebne i pilnujcie dróg. Macie znaleźć ciężarówkę i to jak najszybciej!
    - Tak jest, towarzyszu Sierow!
    Polenin wyszedł, a raczej wypadł, z gabinetu, by jak najszybciej zaalarmować odpowiednie służby. Wbiegł do swojego biura, wykonał kilka telefonów, wrzasnął na paru ludzi... I sprawa załatwiona, - przy każdej autostradzie, szosie i wiejskiej drodze, która prowadziła na zachód, postawione zostały blokady nie do przebycia.

    - Teraz dokąd? Z powrotem do Polski i stamtąd jakoś do Stanów? - zapytała Marion, uważnie oglądając mapę drogową, która leżała w schowku.
    - Nie, tak się nie uda - powiedział smętnie Darek, wyrwany z głębokiego zamyślenia. - Założę się, ze postawili blokady na każdej drodze.
    - To co za problem przejechać?
    - Przez ostrokoły, miny, gniazda karabinów maszynowych?! Tak się tutaj rozwiązuje tego typu problemy! Nie ma mowy! Jakie jest najbliższe państwo, nie należące do bloku komunistycznego?
    - Finlandia! - odkrzyknął Indy zatrzymując ciężarówkę i zawracając ku Leningradowi. - To państwo neutralne. Spodziewają się nas na trasach w kierunku zachodnim, a my pojedziemy sobie na północ. A potem najlepiej do Norwegii - należy do NATO!
    - No, to świetnie. Mamy już plan - ucieszyła się Marion. - Kiedy tam dotrzemy?
    - Wróg na dziesiątej!
    - Nie. Sądzę, że będziemy na granicy gdzieś o dziewiętnastej... - Dariusz wyrwał się z zamyślenia.
    - Ale ja mówię teraz o tej wołdze! Strzelajcie, bo ja prowadzę!
    Z jadącej naprzeciw limuzyny padło kilka strzałów. Kule utkwiły w karoserii tuż poniżej okna kierowcy. Darek wyjął broń, wycelował... gwałtowny zakręt, huk wystrzału i równie głośny odgłos przestrzelonej opony ciężarówki.
    - Trafili nas? - zapytał Indy, starając się opanować nad samochodem.
    - Można tak określić... I tak im wpadniemy...
    Rozpędzony wóz z przebitym kołem był niemożliwy do ujarzmienia. Zatoczył się przez lewy bok z impetem uderzając w wołgę, zmiażdżył jej maskę, po czym wylądował w rowie.
    Po kilku chwilach ocknęła się Marion.
    - Żyjecie, chłopcy? Następnym razem ja poprowadzę i ja będę strzelała...
    - Kurczę... Jestem już na to za stary. Jak przewieziemy Arkę z wozem w rowie i z przebitą oponą?
    Nagle usłyszeli kilka złowrogich kliknięć - odgłos odbezpieczanej broni. Przemytnicy stali nad rozbitą ciężarówką i celowali w Amerykanów. Cała trójka wyszła z podniesionymi do góry rękoma.
    - To, co prawda, nie nasza zasługa, ale nieważne - już po was! Wezwaliśmy pomoc, za chwilkę tu będą. My dostaniemy zasłużoną nagrodę i pojedziemy na wczasy na Hawajach, towar zostanie odwieziony do Moskwy przez naszego zleceniodawcę, a wy w prezencie otrzymacie po kulce w łeb. Ktoś zgłasza sprzeciw?
    - W sumie to... no, że tak powiem... tak! - Indy wykopał napastnikowi z ręki pistolet i powalił na ziemię. - Dzisiaj przegrałeś, kapitanie! I wcale nie musi ci się to podobać!
    - Indy? - Marion odwróciła się do przyjaciela po tym, jak uderzyła kogoś kawałkiem zderzaka. - Czy tak czasem nie mówił mój ojciec?
    - Tak. I nadal uważam, że tamten krzyż powinien już wtedy znaleźć się w muzeum!
    Kolejny Rosjanin zbliżył się do Indiany i, nie mając broni palnej, trzymał oburącz wielki kij. Indy ze znużeniem popatrzył na mężczyznę wymachującego żerdzią, wyjął z kabury rewolwer i po prostu go zastrzelił. Teraz zwrócił się w stronę Darka, który potrzebował pomocy.
    - Z wami, Amerykanami, są same... auuu...! - błyskotliwa wypowiedź została gwałtownie przerwana silnym uderzeniem w głowę. Pozostali przeciwnicy również zostali już unieszkodliwieni.
    - To by było na tyle - Darek się otrzepał i zaczął szukać zapasowego koła.
    Do ich słuchu doszedł warkot silnika, i to niejednego - wkrótce dojrzeli kilka samochodów, oznakowanych jako wojskowe, kilkanaście motocykli, był nawet czołg, a nad głowami ogromne koła zataczał myśliwiec - ten najwyraźniej był tylko na pokaz, bo później odleciał i się już więcej nie pojawił. Pomiędzy tym wszystkim jechała, zupełnie nie pasująca, rządowa czarna limuzyna.
    - Chyba mamy kłopoty... - Amerykanie ponownie musieli unieść ręce do góry.
    - A nie wierzyliście! - mruknął zadowolony szmugler, dopiero odzyskując przytomność.
    Gdy cały konwój się zatrzymał, stanęła również limuzyna. Drzwi otworzyły się i powoli wysiadł z niej Aleksij Polenin, ubrany w najlepszy garnitur, nienagannie czysty i świeży. Wyglądał niedorzecznie, wręcz śmiesznie, pośród żołnierzy i tego całego sprzętu.
    - To państwo są szpiegami, jak sądzę? - zaśmiał się szyderczo. - A tu jest pojazd, który nielegalnie uprowadziliście... Towarzysze! - krzyknął do załogi ciężarówki. - Weźcie skrzynię, która jest w tym żałosnym wraku! Ach, ci Amerykanie! Gdzie się nie pojawicie, robicie straszne zamieszanie i mnóstwo bałaganu. Kiedy z tego wyrośniecie?
    Polenin nakazał związać Amerykanów i ogłosił przerwę na drugie śniadanie.
    - Robią sobie przerwę? U Niemców byłoby to nie do pomyślenia! - Indy był szczerze zdziwiony, patrząc jak rosyjscy żołnierze wyjęli kanapki, pieczone mięso, wódkę i zaczęli odpoczynek. Po chwili ich "szpiedzy" już prawie rozwiązali więzy.
    - Ale jak to podnosi morale!
    Wkrótce byli wolni. Uważając, by nikt nie patrzył, podczołgali się do ciężarówki, do której wrzucono niedbale skrzynię z Arką.
    - Tsss... Marion! - Indy szturchnął kobietę. - Chciałaś się wykazać? No, to masz! Pojedź, ale cichutko, w kierunku Finlandii.
    - Nie ma sprawy. A wy?
    - Widzisz ten motocykl z karabinem maszynowym? No, właśnie.
    Marion weszła do ciężarówki i czekała na znak do odjazdu. Tymczasem Indy i Darek prześlizgiwali się pomiędzy pojazdami i scyzorykami przebijali opony i przecinali przewody paliwowe.
    - No, teraz nas nie powinni już gonić!
    Wsiedli do dniepra z karabinem maszynowym przymocowanym do kosza. Indiana prowadził. Machnęli ręką w kierunku Marion i samochód ruszył, a za nim motor. Ku ich zdziwieniu nikt nie zwrócił na nich specjalnej uwagi - nie chcieli najwyraźniej przeszkadzać sobie w odpoczynku. Nikt, poza czwórką przemytników. Postanowili udać się w pościg za Amerykanami. Byli nieco zdziwieni, że są aż tak namolni i wciąż ryzykują życie, by mieć jedną, niewielką skrzynkę. No i czemu ten cały Polenin jako wsparcie wysłał od razu pół armii?
    - Kurczę, poprzebijali opony!
    - Wladimir, tam są dobre motocykle... Ale bez karabinów...
    - Weźmiemy dwa. A teraz za nimi!

    Ciężarówka z Arką i obstawa w postaci motocykla ujechały już daleko, ale nie dość - przemytnicy ich doganiali, byli tuż, tuż...
    - Rany, to znowu oni! Nie przebiłeś wszystkich opon?!
    - Myślałem, że ty przebiłeś. Zaraz się ich pozbędziemy, użyj karabinu!
    Dariusz oddał krótką serię, niestety nie trafił. W najmniej odpowiednim momencie zaciął się karabin. Nagle Indiana wyhamował gwałtownie.
    - Co jest? No, jedź! Gonią nas przecież!
    - A jak mam ci TO wytłumaczyć? - wskazał ręką na duże stado krów, które leniwie przekraczały szosę.
    - Krowy! Krowy nas wtrącą do piachu! - Darek krzyknął patrząc na zbliżający się pościg.
    Dwa dniepry zatrzymały się. Widząc kłopoty z karabinem, nie strzelali. Vostrikov zgasił silnik i pierwszy zszedł z maszyny. Powolnym, nonszalanckim krokiem podszedł do Indiany i Darka i oparł się o ledwie ciepłą lufę karabinu maszynowego.
    - No i co teraz? Co takiego jest w tej starej skrzyni, o czym my możemy nie wiedzieć, a dla czego wy tyle ryzykujecie? Byłbym dozgonnie wdzięczny... - uśmiechnął się do Indiany, który niecierpliwie spoglądał jednym okiem na krowy. - Krótko mówiąc: co jest grane, do cholery?! Amerykańscy szpiedzy, drobna pomoc w postaci połowy naszej armii...! Czy ktoś mi to wyjaśni?!
    - Wybacz za słowiańską szczerość Polaka z pochodzenia - zaczął Konecki. - Ale albo jesteś kompletnym idiotą, albo niedoinformowany... Albo po prostu niedoinformowanym kompletnym idiotą...
    - Co chcesz powiedzieć przez obrażanie mnie?
    - To nie obrażanie, to stwierdzanie faktów - Indy zrezygnował już z patrzenia na bydło. - Naprawdę nie wiesz, co wieźliście i jakie to ma możliwości?
    - My, Rosjanie, zwykle mówimy wprost, więc proszę, przestań z tą tajemniczością, panie Amerykaninie!
    - Do diabła! W tej skrzyni jest Arka Przymierza, artefakt poszukiwany od tysięcy lat! Nie wiedzieliście o tym? To broń doskonała, armia idąca za Arką jest niezwyciężona! Dlatego Związek pragnął ją zdobyć!
    - Arka Przymierza? TA Arka?
    - Zgadza się. I nie wierzę, że mogliście o tym nie wiedzieć... Wieźć Arkę Przymierza taki kawał i nawet nie mieć o tym pojęcia, pożałowania godne...
    - Arka Przymierza, gdzie sponad cherubów Mojżesz rozmawiał z samym Bogiem... Jej widok łamał morale wrogich wojsk... I myśmy ją mieli, pod samym nosem!
    - Tak, właśnie tak! - Indiana zobaczył, że stado już prawie przeszło i można je spokojnie ominąć, machnął do Marion i sam odpalił motor.
    W tym momencie, zupełnie niespodziewanie, Wladimir i jego towarzyszka Nina skoczyli ku Indianie i Darkowi, pozostałych dwóch ruszyło zaś za ciężarówką. Niekończące się pościgi i niekończące się bijatyki. Indiana, choć szarpał się z wrogiem, był w stanie prowadzić. Nie mógł dopuścić, by przedostali się do samochodu Marion. Jeden z napastników okładał Darka, gdy ten okręcił gwałtownie karabinem, zrzucając go z siebie. Spadł z pędzącego motocykla, upadek pogruchotał mu kości. Drągiem, który nie wiedzieć, co robił w koszu, Konecki pchnął z całej siły uczepioną kierownicy Ninę i zaśmiał się, wprost tryskając dumą z dokonanych właśnie czynów. Indiana z przerażeniem popatrzył na swojego kolegę, zadowolonego z uszkodzenia paru ludzi.
    - No, co? - Darek widząc minę Indiany, sam przestał się śmiać i usiadł wygodniej w koszu.
    Mieli zwłokę, ale doganiali kolejnego dniepra i ciężarówkę. Ich obawy były zupełnie nieuzasadnione - Marion świetnie sobie radziła, nie dopuszczając do wozu żadnego intruza. Gdy tylko jedna osoba próbowała przeskoczyć, kobieta po mistrzowsku robiła szybki unik.
    - Odblokowałem ten złom, podjedź z boku! - krzyknął Darek, celując w przeciwny motocykl.
    Dopóki nie znaleźli się na odpowiedniej pozycji, nie mogli strzelać bez ryzyka uszkodzenia ciężarówki z ładunkiem. Wróg spostrzegł ten słaby punkt i perfidnie wykorzystywał. Z tyłu nadciągał już drugi motor.

    Tymczasem przerwa śniadaniowa dobiegła końca. Żołnierze pakowali rzeczy i wsiadali do swoich pojazdów.
    - Szpiegów proszę zaprosić do mojego samochodu - rzekł nieświadomy niczego Polenin. - Goście ze Stanów nie mogą przecież jechać w byle jakich warunkach...
    - Melduję, że szpiegów nie ma!
    - Jak to: nie ma?! Muszą być!
    - A jednak... Poprzebijali także opony w samochodach, nie możemy się stąd ruszyć...
    - Amerykańskie psy! Parszywe, amerykańskie psy! - wrzasnął wściekle Polenin. - Zostało coś na chodzie?
    - Tylko czołg i wasza limuzyna. Ale nie możemy ich przecież gonić czołgiem...
    - Jak zwykle o wszystko muszę sam zadbać! Daj mi jakiś strzelców i karabiny!
    - Chcecie sami pojechać autem i złapać intruzów?
    - Sami?! Oczywiście, że nie! Szofer będzie prowadził!
    Wraz z dwoma lekko podpitymi ludźmi i kierowcą Polenin wsiadł do samochodu. Bez czekania ruszyli z piskiem opon.

    Tak do przemytników dołączył jeszcze nieustępliwy szef radzieckiego kontrwywiadu. Indiana puścił na chwilę kierownicę, wyjął rewolwer. Nie mając większego wyboru, strzelił w bak jadącego tuż obok motocykla. Chybił, spróbował drugi raz. Kula przebiła karoserię, przód zajął się ogniem, a kierowca i pasażer w ostatniej chwili zeskoczyli. Maszyna zmieniła się w kulę ognia, przewróciła tuż przed limuzyną i wybuchła. Samochód zdążył przyhamować, jednak wylądował w płytkim rowie.
    - To został nam tylko jeden! - uśmiechnął się Indy, patrząc za siebie.
    - Nie tak szybko! - Darek wskazał czarną wołgę, która właśnie wygramoliła się ponownie na drogę.
    Z okien wychylili się strzelcy i nawet nie mierząc dokładnie, otworzyli ogień. To samo, jeśli chodzi o drugi jednoślad - kule świstały w powietrzu, niekiedy przelatując niebezpiecznie blisko. Darek nie pozostawał dłużny - raz po raz oddawał krótkie serie, walcząc jednocześnie z zawodnym mechanizmem. Nie trafiał, a amunicji wcale nie przybywało. Podjeżdżali do jakiegoś miasta...
    - Leningrad?! Gdzie ta Marion jedzie? Przecież nie możemy jechać tak dużym miastem! Zwariowała! Tak to jest z kobietami za kierownicą!
    - Nie, Indy. To świetny pomysł! Amunicja i tak nam się już kończy, więc wpadniemy do portu po statek i popłyniemy prosto do jakiegoś państwa NATO!
    - Norwegia będzie najbliżej... Więc dobrze, wjeżdżamy, ale przesiądźmy się do Marion!
    Podjechali od strony pasażera, by pierwszy przesiadł się Dariusz.

    - A ci co, u diaska, wyprawiają? - Wladimir z niedowierzaniem patrzył na kaskaderskie wręcz popisy. - Strzelaj w cwaniaka!

    Kilka kul wbiło się w drzwi dokładnie na wysokości piersi Darka.
    - O, kurczę! - mruknął patrząc na ślady i prędzej wskoczył do środka. - Cześć, Marion! Jedziemy do portu!
    Indiana dodał gazu wyprzedzając samochód, a następnie zwolnił, by pojawić się z prawej strony. Kobieta otworzyła drzwi, a Indiana całkiem sprawnie wszedł i wepchnął się na miejsce kierowcy.
    - Hej, przecież nieźle mi szło! - oburzyła się Marion. - Ech, nieważne...

    Tymczasem wóz Polenina za ciężarówką i dnieprem minął tabliczkę z nazwą miasta.
    - Jadą do miasta, niedobrze. Chyba będą chcieli przesiąść się na statek. Nie pozwolimy im na to. Żołnierze, macie strzelać po oponach, ale nie zabijać nikogo, zrozumiano? Żywy szpieg jest dla kontrwywiadu użyteczniejszy, niż martwy. Najwyżej później się ich załatwi.

    Pościg znalazł się już blisko zabytkowego centrum miasta. Wołga doganiała ciężarówkę, jechała teraz na równi z motocyklem przemytników. Strzelcy pociągali teraz za spust z wielką rozwagą, nikt nie chciał strzelaniny w tak ludnym miejscu.
    - Są bardzo blisko!
    - Tak, Marion! To naprawdę odkrywcze! - odparł z irytacją Indy. - Wiem już, co zrobimy!
    Największa ulica miasta - Nevskij Prospekt - nadawała się znakomicie do przeprowadzenia planu. Indiana na złamanie karku wymijał innych uczestników ruchu, momentami jechał pod prąd, a wszystko po to, by jak najbardziej oddalić się od wrogów.
    - Brawo, kochany! Nie widać ich!
    Skręcili w wąską uliczkę, tuż obok targowiska. Zaparkowali obok innych samochodów dostawczych, a Darek wysiadł i podszedł do jednego z nich. Pojazd był cały zawalony różnymi owocami, warzywami i masą innych towarów, nie tylko spożywczych. Wśród tego wszystkiego siedział właściciel, który czekał na klientów paląc papierosa za papierosem.
    - Dzień dobry, dobry człowieku! - zaczął Dariusz.
    - Dzień dobry. Co podać?
    - Właściwie to chciałem prosić o transport do portu. Tylko ja, dwójka moich towarzyszy i jedna skrzynia.
    - Przykro mi, nie ten adres. Stracę kupujących...
    - ...których zresztą i tak nie macie. A ja dobrze zapłacę, naprawdę bardzo dobrze!
    - Ile?
    - Trzy tysiące.
    - Cztery.
    - Trzy i pół. To tylko do portu.
    - Dobra, niech będzie, ale płatne z góry! Dajcie to, co mam przewieźć. Spakuję tylko swój towar.
    - Proszę się pośpieszyć, nie mamy czasu.
    Darek pomógł tragarzowi się spakować i wraz z Indym przytargali skrzynię. Stary, rozklekotany dostawczy wóz potoczył się leniwie brukowaną drogą, do miejsca przeznaczenia.

    Tymczasem Polenin i Wladimir wraz z towarzyszącą mu Niną, niezależnie od siebie przemierzali wszelkie zaułki w poszukiwaniu Amerykanów. Kilka razy minęli dostawczą ciężarówkę, lecz nie zwrócili na nią uwagi. Domyślali się, że trójka uciekinierów zamierza dostać się na statek, lecz chcieli złapać ich wcześniej - wszak jakakolwiek pogoń na wodzie nie byłaby aż tak łatwa, jak na lądzie.

    Ciężarówka stała w porcie, tuż przy zacumowanym "Iwanie Groźnym". Z chrzęstem zmienianego biegu ruszyła z powrotem na targowisko. Dariusz, Marion i Indiana zostali ze skrzynią przed statkiem.
    - Minie trochę czasu, nim nas odnajdą. Darek, pomóż mi to wnieść.
    Razem dźwignęli na pokład pudło i zanieśli je do sterowni, by mieć blisko siebie. I choć byli tu jeszcze dzisiejszego poranka, tamta godzina wydawała się odległa i jakby zapomniana. Widok kokpitu odświeżył im pamięć i bez większych trudności uruchomili silnik. Rozpoczęli drobne, powolne manewry w wąskim gardle przystani, całkowicie zastawionym najróżniejszymi jednostkami. Wtedy na nadbrzeżu pojawiła się czarna limuzyna. Polenin, który zawsze pracował przy biurku, a nigdy w terenie, wraz ze swoimi dwoma ludźmi zeskoczył na najbliżej zacumowaną łódź. Przeskakując z jednej na drugą, dotarł w bezpośrednie pobliże "Iwana Groźnego". Także od drugiej strony zbliżał się nieprzyjaciel. Pożyczoną motorówką przyblokowali kuter, który mógł teraz jedynie bardzo powoli płynąć do przodu. Żadna sztuczka nie była możliwa.
    - Że tez musieli zakotwiczyć go właśnie tutaj! - Indy bezradnie patrzył na nadciągającego z obu stron wroga.
    - Wymyśl coś, cokolwiek! - przynaglała go Marion.
    - Pracuję nad tym!
    Drzwi sterowni otworzyli z hukiem dwaj uzbrojeni żołnierze. Za nimi wszedł Polenin.
    - Będę improwizował - Indiana mruknął bez przekonania do Marion.
    - Koniec rewii! - uśmiechnął się szef wywiadu. - Zabierzcie ich i wpakujcie do maszynowni, tam nie będą dla nas groźni. Ja tymczasem wyprowadzę ten złom w trochę inne miejsce... Poza miejski porcik... Przetrzepcie ich, jeżeli będzie trzeba, później do nich zejdę...
    Wyszli. I już za drzwiami potraktowano ich brutalnie...
    - Tak na wszelki wypadek, żeby nie chciało wam się próbować wiać, czy coś...
    Zaprowadzono ich do maszynowni. Tylko Marion szła całkowicie o własnych siłach, gdyż uznano, że kobiet nie wypada bić. Przytrzymywała porządnie obitego Indianę i Dariusza. Na miejscu związano im wszystkim ręce, rzucono na podłogę i pozostawiono pod ścianą.
    - Na razie! - przeciwnicy trzasnęli drzwiami i wrócili na górę.

    Tam para przemytników zdążyła już zaskoczyć Polenina:
    - Dzień dobry, towarzyszu Polenin! - uprzejmie przywitał się Wladimir, po czym wyciągnął broń. - Pragnę przypomnieć, że to mój statek i wszystko, co się na nim znajduje, także jest moją własnością. Proszę więc oddać mi stery!
    - Ależ Wladimir... Ten statek jest dobrem ogółu, całego państwa. A to... - Polenin zastukał lekko w skrzynię. - To należy do Armii... Niesamowita, straszna broń, dzięki której każde obce mocarstwo ugnie się przed Związkiem Radzieckim!
    - Nam też taka Arka by się mogła przydać...
    - Jako dobry patriota rozumiecie, że mam na myśli dobro narodu...
    - Najpierw zadbaj o interesy patrioty, a dopiero potem on zadba o interesy narodu. Wiesz, co mam na myśli...
    - Myślę, że możemy dojść do kompromisu. Gdy będzie po wszystkim, otrzymacie należną wam nagrodę. Tak więc, przekazuję statek kapitanowi.
    - I dobrze... - odburknął Vostrikov przysuwając się do sterów. Nie był zbytnio zadowolony z takiego zakończenia sprawy, ale też nie miał na co specjalnie narzekać.

    - To już się zaczyna robić denerwujące... - powiedział Indy, gdy trochę doszedł do siebie.
    - Co dokładniej? Ciebie wszystko ostatnio denerwuje...
    - Nie zaczynajcie znowu, nie teraz... - wtrącił się Dariusz.
    - Ale nie macie tego uczucia?... Kurczę, jak się ono nazywało... To takie, które można nazwać tylko po francusku...
    - Mamy poważniejsze problemy... - Darek z największym zaangażowaniem mocował się ze sznurem na nadgarstkach.
    - Ha! - Indy pstryknął palcami.
    - Co, masz jakiś pomysł?
    - Déja vú! Tak to się nazywało! Ale nie, pomysłu nie mam.
    - Już prawie... jestem wolny! Zaraz się stąd zmywamy!
    Darek przeciął więzy krępujące Marion i Indy'ego, po czym skierował się do wyjścia.
    - Czekaj! Wiem, co zrobić!
    Indiana poszperał w porozrzucanych po maszynowni narzędziach, wziął największy klucz, jaki tylko udało mu się znaleźć i podszedł do pracującego na pełnych obrotach silnika. Wsadził klucz pomiędzy jakieś przewody i mechanizmy. W motorze zaczęło zgrzytać, poleciały iskry...
    - Indiana! - wrzasnął z przerażeniem Darek. - Co ty wyprawiasz?! Możesz wysadzić statek w powietrze!
    - Żeby już na pewno nas nie gonili!
    - Mam nadzieję, że nie czuliście się zaniedbani? - do maszynowni właśnie wszedł Wladimir i Aleksij, który w rękach trzymał karabin maszynowy.
    Vostrikov, widząc snop iskier oświetlający pomieszczenie, szepnął do swego zleceniodawcy:
    - Niedobrze z silnikiem, wygląda groźnie...
    Ten machnął lekceważąco i podszedł do Indiany. Z całej jego postawy i zachowania czuć było wielką wzgardę dla Amerykanów.
    - Dr Jones, nie mylę się?
    - Eee... hehe... A kto pyta?
    - Wiem, kim pan jest i wiem, kim jest major Konecki. Szybko się dowiedziałem, że macie u nas sprawę do załatwienia, nie byłem jednak pewien, jaką drogę obierzecie...
    - Skąd to wiesz? Od tego samego zdrajcy, który wykradł Arkę z rządowego magazynu, tak?
    - Powiem tylko tyle - sprawdzajcie dobrze swoich ludzi... Obawiam się jednak, że nie przekażecie tej cennej rady szefowi CIA...
    Polenin odblokował karabin i już ciągnął powoli za spust, gdy nagle Darek skoczył ku niemu, złapał za lufę i odchylił mocno, ratując kompanów przed kulami. Szef radzieckiego wywiadu nie dawał za wygraną, raz po raz otwierał ogień i mocując się z Koneckim, usilnie próbował rozstrzelać Indianę i Marion. Natomiast oni, kryjąc się przed kulami, targali jakąś rurę, by użyć jej jako oręża. Indy oparł nogę o ścianę, szarpnął z całej siły... i wyrwał żelastwo. Naraz trysnęła żółtawa, podejrzanie śmierdząca ciecz pod ciśnieniem...
    - O, w mordę! - krzyknął, ocierając twarz. - To był przewód paliwowy!
    - Szefie, lepiej teraz nie strzelaj! - Vostrikov chwycił Darka i pomógł go zrzucić z Polenina. - Musimy opuśćmy statek!
    - Weź Arkę, koniecznie!
    - Tą skrzynię? To szaleństwo! Nie zmieścimy się - łódź ratunkowa ma tylko pięć miejsc!
    - Nie histeryzuj jak baba! Pięć to w sam raz, szpiegowskich psów przecież nie liczysz!
    - Tak jest!
    Marion, Indiana i Dariusz pobiegli za Rosjanami na górny pokład. Paliwo ciekło już po podłodze maszynowni, a zważywszy na uszkodzenie silnika, całość nie wyglądała ciekawie...
    - Wiesz, Indy? Ten twój pomysł ma jedną zasadniczą wadę...
    - Tak? Jaką?
    - Możemy nie przeżyć, by poznać jego zalety!
    Wpadli do sterowni akurat w momencie, gdy dwóch żołnierzy podnosiło skrzynię...
    - To znowu wy? - Vostrikov się zniecierpliwił. - Ale niestety, nie przewidziano dla was miejsca w szalupie.
    Wyjął paczkę papierosów i zapałki. Potarł jedną o draskę i zapalił papierosa.
    - Zaufałem wam, Jones, ale zdradziliście mnie. Cóż, nie pierwszy raz się na ludziach zawiodłem... Z waszej strony już ostatni!
    Indiana bacznie go obserwował. Kiedy jest się całym mokrym od łatwopalnego paliwa, lepiej mieć na oku każdego, kto trzyma w ręku zapałki.
    - Nie przeciągajmy tego! Zanieście to do łodzi ratunkowej! - Polenin rozkazał podwładnym i udał się w tym samym, co oni, kierunku.
    Niespodziewanie "Iwanem Groźnym" gwałtownie zatrzęsło, zakołysał się mocno na wodzie. Wszyscy przewrócili się na podłogę. Również skrzynia przesunęła się i silnie uderzyła w Ninę. Ostatni karabin, w którym była amunicja, wypadł aż za burtę.
    - Co to było? - Aleksij Polenin wstał niepewnie. Statek nadal się bujał rytmicznie w przód i w tył.
    - Nie wiem, ale chyba silnik zaczął się palić. Jednego jestem pewien - musimy stąd zmykać!
    Korzystając z chwilowej dezorientacji nieprzyjaciela, Darek wraz z Indianą i Marion chwiejnym krokiem wyszli spuścić szalupę. Nie zapomnieli oczywiście o Arce.
    - Hej, a dokąd to?! - Polenin ruchem ręki ponaglił swoich żołnierzy do zajęcia się Amerykanami i towarem.
    Do bijatyki ruszył także Wladimir i Nina, Aleksij stanął z boku. Marion chwyciła metalową tackę leżącą na stole i bez pożałowania uderzyła kobietę po głowie, aż ta przeleciała przez stół. Marion ze zdziwieniem popatrzyła na tacę...
    - No, no, no... Amerykańska to by się na wpół zgięła!
    Widząc skuteczność zaimprowizowanej broni, gestem zaprosiła Wladimira do pojedynku. W tym momencie statek zakołysał się jeszcze potężniej niż uprzednio, a z dołu doszedł złowrogi łoskot, wtórowało mu drżenie. Z powstałej w poszyciu wyrwy zaczęły wydobywać się kłęby duszącego, czarnego dymu. Nikt nie utrzymał równowagi, Darek zdążył jeszcze pięścią uderzyć przeciwnika, gdy ten się na niego zwalił. Indiana upadając, z impetem uderzył głową o metalową framugę i nieprzytomny osunął się na podłogę.
    - Marion! Indy! - Dariusz kopniakami utorował sobie drogę do wyjścia. - Zaraz wybuchnie, wyskakujemy! - pociągnął kobietę za rękę i siłą wypchnął za burtę do wody. - Indy! Wstawaj, musimy uciekać! - lekko szarpał i klepał po policzku nieprzytomnego mężczyznę. - Indiana, Indiana!
    Nie widząc innego wyjścia, przytrzymał pod ramię i wyprowadził przyjaciela. Przechylając się z powodu wstrząsów, dotarł do barierki statku. Nie było zbyt wysoko, więc bez wielkich obaw wyrzucił Indianę za burtę. Z tyłu podbiegł do niego Polenin.
    - Czy zawsze wszystko potraficie popsuć? - przymierzył się do ciosu, lecz Darek uprzedził go i wyskoczył z płonącej jednostki.
    Skacząc, kątem oka dojrzał kapitana i jednego z żołnierzy dźwigających skrzynię z Arką do szalupy. Najwyraźniej niektórzy mają inne priorytety niż przeżycie...
    Wynurzył się obok Marion, która utrzymywała Indianę na powierzchni.
    - Lepiej odpłyńmy jak najdalej! - zaproponował Darek biorąc odzyskującego świadomość Indy'ego.
    Przepłynęli ledwie kawałek, gdy zbiorniki paliwa na "Iwanie Groźnym" eksplodowały. Cały statek zamienił się w ogromną kulę ognia spowitą obłokiem czarnego dymu. Nie widać było, żeby jakakolwiek łódź lub człowiek zdążył opuścić kuter. Od strony portu nadciągały jednostki ratunkowe. W pewnym momencie z wraku dobiegł przeraźliwy dźwięk, jakby skowyt czy jęk. Nie był to jednak z pewnością głos ludzki. Nieznośnie przenikliwy, brzmiał złowieszczo a jednocześnie przygnębiająco i żałośnie. Nagle pośród ognia i dymu pojawiło się oślepiające niebieskie światło, jaśniejsze od wszystkiego, co tylko może być dane ujrzeć śmiertelnikowi. Trójka unoszących się na wodzie ludzi nie miała pewności, czy tak spalało się paliwo czy też obserwowali definitywny koniec istnienia Arki Przymierza. Płomienie nadspodziewanie szybko strawiły statek, który wśród mgły z pary wodnej poszedł na dno.

    Marion, Indy i Darek szli późną porą uliczkami, a ze względu na dzisiejsze wydarzenia, nie mogli czuć się bezpieczni. Z trudem przychodziło im podziwianie uroków tego prawdziwie kosmopolitycznego miasta i białej nocy.
    - Przypomniałem sobie! - Darek prawie podskoczył na widok wędkarza siedzącego przy moście - Przecież mam w tym mieście starego kumpla, rybaka! Myślę, że on mógłby nam pomóc!
    - Wobec tego, chodźmy!
    Znaleźli się w dalszej części dzielnicy portowej, pełnej starych, rozsypujących się domów. W jednym z nich mieszkał Andrzej, przyjaciel Darka z podwórka, jeszcze zanim obaj wyjechali z Polski.
    - Darek! - rybak powitał długo niewidzianego druha z ogromną radością. - Kopę lat! A kim są twoi przyjaciele?
    - Marion Ravenwood i dr Indiana Jones. Mieliśmy tutaj wspólny interes do załatwienia.
    - Wchodźcie, co tak w progu stoicie! Zjecie coś, prawda? No, to świetnie!
    - Mam prośbę, bo sprawa jest dosyć poważna.
    - Wal śmiało!
    - Moglibyśmy u ciebie zostać na jedną noc? Mamy trochę na pieńku z władzami i potrzebujemy jakiej kryjówki...
    - Zadajesz dziwne pytania. Zostańcie tu tak długo, jak się wam tylko podoba i czujcie się jak u siebie w domu!
    - Dzięki. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! - jeszcze raz uścisnął kumpla.
    - Idę na chwilkę do portu, zaraz wrócę.
    - Czy w czymś ci pomóc?
    - Nie, dzięki. Miałem się spotkać w sprawie połowów.
    Wyszedł, zostawiając ich teraz samych.
    - Dzięki za uratowanie mi skóry. Gdybyś mnie nie zabrał, skończyłbym jak tamci - powiedział do Darka Indy.
    - Nie masz mi za co dziękować, dla przyjaciół wszystko!
    - I co, Jones? - szturchnęła go Marion. - Co sądzisz o tej wyprawie?
    - Naciągnąłem sobie lewą rękę... Ale w sumie, widzisz... - trochę głupio mu było przyznać, że kobieta miała rację, a to on się mylił. - Dla mnie to jak letnie wakacje. Wracam do tej roboty!
    - Nawróciłeś się! Stary, dobry Indy!
    - A propos - wtrącił Darek. - Warto byłoby pomyśleć, jak się przedostać z powrotem do Stanów... Dobrze byłoby przez Norwegię, tak mi się zdaje...
    Andrzej właśnie wszedł z powrotem do domu, miał nieciekawą minę.
    - Już jesteś? Co się stało? Nie wyglądasz na zadowolonego...
    - Tak, gościu wycofał się w ostatnim momencie. Niedobrze... Pozaciągałem u innych trochę długów, miałem je spłacić i, kurczę, wycofał się...
    - To się nawet dobrze składa - ty potrzebujesz pieniędzy, a my transportu.
    - Transportu? Dokąd?
    - Do Norwegii. Ale to niecałkiem bezpieczna wycieczka i nie chcemy, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Zapłacimy tyle, ile sobie zażyczysz. Koszt nie gra roli.
    - No, więc zgoda. Odpłyniemy jutro rano.
    - Noc nie byłaby lepsza? - Indy chciał mieć absolutną pewność, że nikt ich znowu nie przyłapie.
    - Przecież i tak jest jasno!
    - No, w sumie też prawda...
    Każda ze stron była całkowicie zadowolona, wznieśli więc toast za ugodę i po kilku godzinach rozmów, poszli na krótki sen, by rano być jako tako wypoczętymi.

    Ranek był chłodny, właściwie to przyjemnie orzeźwiający. Od strony zatoki niósł się świeży zapach bryzy. Cała czwórka na pokładzie kutra po kryjomu opuściła Rosję. Jeszcze długo widzieli wieże świątyń i najwyższych budynków Leningradu, majaczące w porannym świetle słońca i osnute lekką mgiełką...

KONIEC


    Autorzy: Natalia Szymańska, Kamil Łukasiewicz
© Publikacja za wiedzą i zgodą autorów.
       Sonda
Jak oceniasz
tę stronę?


Bardzo dobra
Dobra
Może być
Kiepska
Beznadziejna
       Zagłosuj !


       Reklama



Allegro - największe aukcje internetowe, najniższe ceny! Kup i sprzedaj!

       Nagrody


© Copyright 2001-2010 by Szuja. All rights reserved.