|
Indy Site
|
|
|
|
|
Filmy
|
|
|
|
|
Gry
|
|
|
|
|
Książki
|
|
|
|
|
Komiksy
|
|
|
|
|
Publikacje
|
|
|
|
|
Fandom
|
|
|
|
|
Download
|
|
|
| |
|
|
|
Opowiadania
|
Indiana Jones i Święte Skrypty Biblii
Piątek, 3 czerwca 2005
Egipt, 13 października 1934
Śmierdziało starą rybą. Była to wina miejscowych rybaków, którzy zamiast sprzątnąć wszystkie ryby, zostawiali zepsute okazy na ziemi. Wokół leżało setki, a nawet tysiące ryb. Niektóre wciąż były w miarę całe, po innych zaś pozostały jedynie szkielety. Egipskie słońce niemiłosiernie doskwierało ekipie, która właśnie zmierzała w stronę portu. Był wśród nich niejaki Indiana Jones, słynny amerykański archeolog, twardziel i wielki kobieciarz. Wiódł ze sobą ekipę składającą się z kilkunastu Arabów. Jeden z nich był dobrym przyjacielem Indy'ego. Z trudem przychodziło mu nadążanie za archeologiem.
- Indy, przyjacielu! - wołał niecierpliwie Sallah. Indiana zatrzymał się. - Ludzie chcą się zatrzymać i odpocząć. Wędrujemy już od samego ranka!
- Dobrze - odparł Indy. - Pół godziny, nie więcej. Nie czas na byczenie kiedy praca czeka.
Usiadł na kamiennej ławce i z niepokojem spojrzał na horyzont. Wieczór powoli się zbliżał, a oni jeszcze nawet nie znaleźli wejściowej groty do tajnej krypty. Indy wstał. Ponownie rozejrzał się, tym razem nie przeoczając niczego. Ujrzał z dziesięć identycznych kamieni jak ten, na którym właśnie siedział. To musiał być jakiś wzór...
- Sallah, podaj mi mapę!
Sallah podał mapę, która według specjalistów z nowojorskiego muzeum miala około 1300 lat.
Indy spojrzał na kartkę. Tak, to właśnie tu... Tuzin kamieni, każdy po trzy stopy kwadratowe.
- Sallah! - krzyknął Indiana. Ten natymiast podbiegł.
- Indy, przyjacielu. Jakiś trop?
- I to niezły - odparł z uśmieszkiem szczęśliwy Indy. Na mapie było napisane, że kamień który znajdował się najbardziej na północ, był tym właściwym. Jones spojrzał na słońce - była godzina siódma... Archeolog odszukał właściwy kamień, który nieco odróżnial sie od reszty: był mniejszy i bardziej przypominał kulę. Indy zbliżył się powoli do niego, jak to miał w zwyczaju będąc podnieconym tajemniczym znaleziskiem. Być może w tej ukrytej krypcie znajdowały się oryginalne skrypty biblijne, ukryte tam przez ich pisarzy. Byłoby to jedno z największych odkryć teologicznych w historii świata. Indy stał bardzo blisko kamienia, jednak oprócz wyróżniającej się formy i wielkości nie wykazywal on żadnych innych właściwości. Indiana obszedł kamień dookoła. Niestety wyglądał tak samo ze wszystkich stron: brudny, beżowy... Zawiedziony Indiana usiadł na nim. Nagle poczuł drżenie. Wpierw słabe i ciche, a po chwili silne i bardzo głośne. Archeolog zerwał się z nóg. Trzęsienie ziemi? Tylko nie teraz! Arabowie wpadli w panikę. Biegali tam i z powrotem cały czas krzycząc "Jalla!"
Nagle trzęsienie ustało. Ziemia przestała drżeć i ponownie zapanował spokój. Indy rozejrzał się i dostrzegł, że kamień na którym siedział, zniknął. W miejscu tym widniała teraz czarna dziura. Nie widać było dna.
- Sallah, mamy liny?
- Oczywiście, przyjacielu! To przecież podstawa!
Sallah podał mu kilkanaście stóp grubej liny i razem z dwoma Arabami przytrzymał koniec.
- Indy, może rozsądniej byłoby najpierw rzucić kamień? - spytał niespokojnie.
- Racja.
Indy podniósł z ziemi spory kamień i rzucił go w czeluść. Starannie nasłuchiwał dźwięku spowodowanego przez upadającą skałę, jednak hałas nie nastąpił. Mimo to Indy powiedział, że schodzi na dół.
- Pojdę z tobą! - krzyknął Sallah i przywołał do siebie Araba, by przytrzymał linę.
Indy powoli opuszczał się w dół. Do pasa miał przywiązaną gazową lampę, jednak oświetlała ona tylko niewielki obszar. Wewnątrz szybu robiło się coraz ciemniej. Kilka metrów nad Indianą zaczął schodzić Sallah. Nagle Indy dotknął stopami ziemi. Dopiero teraz zrozumiał, dlaczego nie było słychać uderzenia spadającego kamienia - podłoże było piaszczyste.
- Sallah! - krzyknął Indy. - Mamy grunt!
Spojrzał w górę. Nie był to głęboki szyb - Indy mógł dostrzec rysy twarzy Araba schylonego nad dziurą. Odczepił lampę od swego pasa i dokręcił światło. Krypta rozświetlała się coraz bardziej. Było to dość małe pomieszczenie z egipskimi malunkami na ścianach. Na końcu krypty znajdowała się brama, lecz Indy nie widział, co się za nią znajdowało. Na ziemi było pełno zielono-czarnych skorpionów, które wyraźnie nigdy wcześniej nie miały do czynienia z ludzką istotą.
- Uwaga! - powiedział głośno Indy. - Skorpiony, być może jadowite!
Sallah był już tuż za nim. Miał bardzo niespokojny wyraz twarzy.
- Androctonus australis - rzekł z szacunkiem. - Najbardziej jadowity skorpion na świecie!
Przestraszony Indy natychmiast zrobił krok w tył. To nie wyglądało najlepiej. Jeżeli cała krypta była pełna tych małych potworów, to nie wróżyło to zbyt dobrze.
- Sallah, powiedz ekipie, żeby zrzucili pochodnie. I to szybko!
Sallah krzyknął dwa słowa po arabsku i chwilę później trzymali już w rękach dwie pochodnie. Nieustannie machali nimi przed skorpionami, żeby się przez nie przedrzeć. W ten sposób utorowali sobie wolną drogę do następnej komnaty.
- Teraz, szybko! - warknął Sallah. Obaj przeskoczyli przez parę skorpionów i biegiem ruszyli do bramy. Następna komnata nie zawierała już tyle skorpionów. Była ona nieco większa, a stropu nie było widać.
- Ostrożnie, Sallah - rzekł Indy i przypomniał sobie własne doświadczenia. - Tu mogą być pułapki!
Sallah skinął głową i powoli ruszył do przodu. Indy nie spuszczał wzroku z ziemi.
"Ziemia... - myślał. - Najsłabszy punkt człowieka to głowa". Nagle poczuł, że ziemia usuwa mu się pod nogami. Niewiele myśląc krzyknął "Na dół!" i rzucił się na ziemię. Usłyszawszy głośny zgrzyt metalu, przeturlał się w tył. Po chwili wszystko ucichło.
- Sallah? - spytał drżącym głosem Indy. - Żyjesz?
- Na szczęście w porę mnie uprzedziłeś, przyjacielu - burczący głos Sallaha dudnił gdzieś w głębi komnaty. Indy podniósł pochodnię i lampę. Komnata od razu utonęła w świetle. Sallah leżal po drugiej stronie metalowej klatki, która naszpikowana była ostrymi włóczniami. Wisiały na nich stare czaszki - pozostałość po głupcach, którzy tu niegdyś wtargnęli. Indy ominął klatkę i pomógł Sallahowi wstać z ziemi.
- Blisko, jak na pierwszą pułapkę - powiedział Sallah i zrobil głupią minę.
- Taa - odparł zamyślony Indy. Patrzył na dzidy, które omal go nie zabiły. Widniał na nich aramejski napis: "Strzeż głowy jak oka, a mile będziesz widziany przez tych, którzy lubią zabijać". Indy spostrzegł, że wszystkie dzidy znajdowały się na wysokości niecałych 2 metrów - wzrostu najczęściej spotykanego wśród ludzi.
- Starożytne cywilizacje były jednak łebskie - powiedział Indy z uśmiechem. - Ale łeb to nie wszystko.
Ruszyli dalej. Tym razem jednak nie było ani bramy, ani żadnych drzwi. Indy desperacko spojrzał w górę. Ujrzał platformę wystającą ze ściany, w pół wykutą w skale.
- Spójrz, Sallah!
Indy wyciągnął pejcz i strzelil w górę. Miał małą nadzieję, że bat znajdzie jakiś punkt zaczepienia. Tak! Indy mocno pociągnął pejcz i poczuł, że nie puszcza. Zaczął się wspinać, było to jednak trudniejsze niż wspinanie się po linie. Po minucie dotarł na platformę. Była ona bardzo stabilna.
- Czekaj tam, Sallah! Dalej pojdę sam, jeżeli pozwolisz - ryknął z góry Indy.
- Oczywiście, przyjacielu.
Indy znalazł mały tunel, który prowadził w głąb skalnej ściany. Po upewnieniu się, że na ziemi nie było już skorpionów, zaczął się czołgać w głąb skały. Im głębiej wchodził, tym większa ogarniała go klaustrofobia. Kiedy miał już zamiar zawrócić, poczuł schodek w dół. Wypełniony nową nadzieją, przyspieszył czołganie. W końcu upadł na mocny grunt. Szybko stanął na nogi z obawy przed skorpionami. Czuł w powietrzu wilgoć. Wyciągnął lampę i podkręcił gaz. Tym razem był w bardzo długim korytarzu. Na ścianach namalowani byli ludzie, którzy kosili zboże. "Bogacze", pomyślał Indy. Ruszył szybkim marszem w przód. Zauważył, że pod jego nogami płynie cienki strumyk wody. Kiedy doszedł na koniec korytarza, dostrzegł dziurę, do której spływała woda. Miała mniej więcej metr średnicy. Nie chciał zawracać, więc powoli opuścił się w dół. Pożałował tego w tym samym momencie, kiedy zawisnął na krawędzi czeluści. Nie miał już sily, żeby z powrotem się podciągnąć, a że słyszał pod nogami wodę, po chwili wahania puścił się. Wpadł do płynącej parę stóp niżej podziemnej rzeki. Natychmiast porwał go strumień. Nie był on zbyt silny, ale Indy miał trudności z utrzymaniem się na powierzchni. Nagle poczuł że upada, a w następnej sekundzie uderzył głową o jakiś kamień i stracił przytomność.
Indiana obudził się leżąc na plecach w wodzie. Po brzuchu chodziły mu szczury. Zerwał się szybko i rozejrzał. Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu. Ściany były obudowane kratami i zewsząd napływała woda. To wyglądało jak... lokalne ścieki. Indy nie wierzył własnym oczom. Naprawdę był w ściekach. Dopiero teraz uświadomił sobie dochodzący zewsząd smród odpadów. Rozejrzał się dokładniej. Z góry leciał promień światła. Amerykanin odczepił pejcz wiszący mu u pasa i po raz drugi wycelował bez pudła. Pejcz mocno zaczepił się o kratę, która była jedyną przeszkodą padającego z góry światła. Indy wdrapał się na górę i usiadł na rurze. Próbował wypchnąć kratę na zewnątrz, ale bez rezultatu. W końcu zdesperowany wymierzył porządnego kopniaka i krata wyleciała z zawiasów.
Na powierzchni zaskoczył go widok garów wiszących wokoło. Był w jakiejś restauracyjnej kuchni. Pospiesznie włożył kratę na swoje miejsce i wyszedł na zewnątrz. Kolejny widok zaskoczył go jeszcze bardziej... Indy ujrzał scenę, a na niej... tańczącą Willie Scott ze swym słynnym utworem "Anything goes". Kiedy piosenkarka ujrzała Jonesa, ucichła na sekundę z wrażenia. Szybko jednak pozbierała się i przeszła do drugiej zwrotki. Indy uśmiechnął się i rozsiadł przy dwuosobowym stoliku. Natychmiast podszedł do niego kelner ubrany w biały smoking. W ręku trzymał tacę.
- Co podać? - spytał zwyczajnie.
- Ehh... Przepraszam, która jest godzina? - Indy czuł się głupio. Nie dość że był cały mokry, to jeszcze wtargnął do eleganckiej restauracji i pytał o godzinę.
- Dochodzi północ, proszę pana - odparł kelner uprzejmie. - A więc, co podać?
- Ja nie mam... - zaczął Indy, ale potem spojrzał na Willie. - Martini, poproszę na koszt firmy.
- Pardon?
- Ach... I może jeszcze coś ciepłego. Co państwo polecają?
Kelner zrobił nabuzowaną minę.
- Proszę pana, czy to jakiś żart? - spytał poirytowany.
- Jestem przyjacielem Willie Scott. Nazywam się dr Jones.
- To zmienia sprawę - powiedział kelner, lecz ton jego głosu nadal był nieprzyjemny. - Polecam panu stek na zimno... A z ciepłych dań mamy przepyszne Vuala' al'a 'tala. A tak na serio... proszę stąd wyjść albo bedę zmuszony zawołać ochronę.
- Ehh... - uśmieszek zniknął z twarzy Jonesa.
- Straż! - krzyknął kelner.
Dwaj wielcy strażnicy podeszli do stolika.
- Jakieś kłopoty?
- Proszę zabrać stąd tego typa - rzekł kelner. Indy zaprotestował.
- O, przepraszam. Nie życzę sobie... - Ale strażnicy złapali go za ramiona i zaczęli ciągnąć do drzwi wyjściowych.
- Willie! - krzyknął Indy na cały głos. - Willie!
Scott przerwała koncert.
- Zostawcie go! To mój przyjaciel, dr Jones! - krzyknęła. Ochroniarze natychmiast puścili Indy'ego.
Willie kazała mu poczekać przy stoliku. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić i restauracja powoli robiła się pusta. Po paru minutach Willie dosiadła się do Indy'ego.
- Coś ty najlepszego narobił, Jones? - spytała swoim świetnym głosem.
- Ci faceci chcieli mnie wyrzucić na zbity pysk - odparł gorzko Indy.
- Właśnie straciłam przez ciebie 50 dolców! Przerwałam koncert!
- Nie zapomnij o tych 2$ za mój posiłek - odpowiedział rozbawiony już Indy. - Nie smuć się, Willie. Przecież kąpiesz się w pieniądzach.
Uśmiechnęła się.
- To prawda - powiedziała. - Jones, co ty tu w ogóle robisz?
Indy zdjął fedorę. Przypomniało mu się, jak się tu znalazł i jaki był jego cel przyjazdu do Egiptu.
- Cholera - zaklął i uderzył ręką w stół. Czy oryginał Pisma Świętego już nie istniał? W końcu nie udało mu się go odnaleźć...
- To niemożliwe... - szepnął pod nosem Indy.
- Co tam szepczesz?
Indy wyrwał się z zamyślenia.
- Willie, gdzie my właściwie jesteśmy?
- W Kairze - odparła Willie. - Wylazłeś ze ścieków, czy co?
- Zgadłaś - złośliwie powiedział Indy. - Słuchaj, Willie. Muszę już lecieć. Jestem tu na wyprawie z ekipą, ale plany uległy niewielkiej zmianie. Dzięki za domowy obiadek.
- Ale Jones... - zaczęła Willie. Jego jednak już nie było. Znajdował się na tłocznej zwykle ulicy egipskiej stolicy, teraz jednak spokojnej i ciemnej. Ruszył szybko przed siebie. Musiał odnaleźć Sallaha.
W oknach domu Sallaha było ciemno. Indiana wiedział, iż jego żona i dzieci dawno już poszły spać, ale w obecnej sytuacji nie mógł czekać. Mocno zapukał do drzwi. Po chwili otworzył mu dwunastoletni syn Sallaha, Moshti. Miał bardzo zaspane oczy.
- Wujku Indy - szepnął zdziwiony. - Co tutaj robisz o tej porze? Gdzie jest tata?
- To taty nie ma w domu? - spytał zaniepokojony archeolog.
- Cała ekipa miała wrócić dopiero jutro nad ranem - odpowiedział zagubiony Moshti. - Jakieś kłopoty?
- Nie - szybko powiedział Indy. - Moshti, macie tu jakiegoś konia? Muszę pożyczyć...
Mały chłopczyk kiwnął głową i wskazal drzwi po lewej.
- Trzy konie. Silne, zawsze do dyspozycji.
- Dziękuję, Moshti. Teraz lepiej idź spać. Dziekuję za wszystko.
Moshti zamknął drzwi, a Indy pospiesznie wyprowadził jednego konia ze stajni. Był trochę zaspany i nieco protestował, ale Indy zdecydowanie przekonał go na przejażdżkę po pustyni. Dosiadł go i galopem ruszył w ciemną dal. Wiedział, ze na koniu wyprawa do dwunastu kamieni nie będzie trwała więcej niż godzinę.
Faktycznie, po niecałej godzinie dotarł do ciemnego miejsca. Bardzo zaniepokoił go fakt, ze nikogo nie było widać. Szybko podszedł do północnego kamienia. Tak, dziura w ziemi nadal tu była. Indy wyjął linę, mocno przywiązał do leżącego obok kamienia i powoli opuścił się w dół. Tym razem szło mu dość szybko i po chwili był już na dole. Zapalił lampę.
- Ktoś tu jest? - rzekł głośnym głosem. Usłyszał ciche dźwięki, jakby ktoś próbował mówić. - Sallah?
Dobiegły go jeszcze głośniejsze dźwięki. Indiana wszedł głębiej do komnaty i ujrzał leżącego Sallaha. Związany był od stóp do głów wraz z pięcioma innymi członkami ekipy. Jones pospiesznie ich rozwiązał. Poturbowany Sallah szybko zaczął mówić.
- Indy, przyjacielu! - jego głos drżał. - Połowa ekipy okazała się zdrajcami, wielkimi draniami! Sprzedali wszystkie informacje, Indy! Godzinę po tym, jak wszedłeś to tego ciasnego tunelu, nadeszli groźni mężczyźni w białych garniturach. Odnaleźli Pismo Święte, Indy! Potem związali nas i szybko zwiali. Nawet nie wiem, w którym kierunku.
- Uspokój się, Sallah - Indy próbował wszystko zrozumieć. - Nie słyszałeś w jakim języku mówili ci faceci?
Sallah spojrzał na resztę Arabów.
- To chyba był hiszpański lub włoski.
Reszta ekipy przytaknęła głowami.
Indy zamyślił się. Kto mógł wiedzieć, że tu byli? Musieli mieć kontakty z wnętrza ekipy, tak jak mówił Sallah.
- Dobra, nie czas na namyślenia - powiedział Indy i wstał. - Lepiej ruszmy się stąd, aby choć trochę się przespać. O tym, co zrobimy, pomyślimy jutro.
Wyszli na zewnątrz. Indy wziął Sallaha na konia, a reszta ekipy szła pieszo za nimi. Kiedy dotarli do centrum Kairu, Indy powiedział, że wynajmie sobie jakiś pokoik w pobliżu.
- Nie bądź śmieszny, przyjacielu - powiedział zawstydzony Sallah. - Mój dom jest twoim domem.
- Jeżeli nie sprawi ci to kłopotu - Indy uśmiechnął się. Po raz kolejny doświadczył uprzejmości swego arabskiego przyjaciela.
W mieszkaniu Sallaha Amerykanin szybko wskoczył do miękkiego łóżka i zasnął w mgnieniu oka.
Następnego ranka Indiana obudził się bardzo wypoczęty. Było dość późno, bo kiedy wstał, cała rodzina Sallaha siedziała już na balkonie. Miasto znów tętniło życiem.
- Dzień dobry, przyjacielu! - zawołał Sallah. - Dobrze się spało?
- Od dawna tak dobrze nie spałem - przyznał z rozkoszą Indy i usiadł obok.
- Proszę, proszę - odrzekł Sallah podając Indy'emu koszyk. - Dzisiejszy chleb, bardzo smaczny.
Kiedy Indy się już najadł, rodzina Sallaha zostawiła ich dwóch samych.
- A więc, przyjacielu... Kto może za tym stać?
Indy nie odpowiedział od razu. Długo nad tym myślał.
- Jest tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć. Sallah, czy znasz adresy tych ludzi, którzy byli z nami wczoraj przy kamieniach?
Sallah skinął głową.
- Tak - odrzekł. - Wielu z nich często pracuje przy lokalnych wykopaliskach. Jeden, uważany za ich szefa, nazywa się Al Hazir. Mieszka niedaleko stąd. Możemy złożyć mu małą wizytę - dodał z uśmiechem Sallah.
- Będzie to niezbędne - odparł Indy. Wstał i założył na głowę fedorę, po czym poszedł po zapasową amunicję do Webleya. Potem ruszyli w głąb miasta. Po drodze Sallah opowiadał o Hazirze.
- Jest wielkim dłużnikem. Ma niemal u wszystkich długi. Dlatego też łapie się każdej metody, by zdobyć pieniądze. To tutaj...
Skręcili w wąską uliczkę. Była całkiem pusta. Na końcu znajdowały się drzwi zasłonięte czerwoną draperią w kwiatki. Sallah wszedł pierwszy, a Indy za nim. Weszli do małego korytarza, w którym pachniało mięsem i innymi wyrobami. W pewnym momencie podeszła do nich starsza, drobna kobieta.
- Dobry dzień - powiedziała szybko, ale bardzo złą angielszczyzną. - Panowie w sprawie...?
Indy zrobił krok do przodu.
- Chcemy zobaczyć się z panem Al Hazirem - powiedział krótko.
Kobieta szybko zawołała w głąb mieszkania. Po chwili w drzwiach pojawił się niski człowiek. Chociaż Indy nigdy nie poświęcił mu większego zainteresowania, pamiętał go z wczorajszej wyprawy. Miał długą brodę i biały turban na głowie. Al Hazir nie był jednak zbyt chętny na rozmowę z Indym i Sallahem. Kiedy ich zobaczył, natychmiast wziął nogi za pas i uciekł tylnymi drzwiami krzycząc "Jalla, jalla!".
Indy nie namyślając się długo, ruszył za nim. Wybiegli na podwórko, po którym pałętały się kury. Jak się okazało, Hazir był dobrym sprinterem, więc Indy'emu trudno było dotrzymać mu tempa. W dogodnym momencie Amerykanin wyjął pejcz i strzelił w nogi Hazira. Hazir padł na kolana, ale złapał pejcz i z niewiarygodną siłą wyrwał go z rąk Indy'emu. Po chwili obaj znów biegli uliczkami Kairu. Indy nie poddawał się, gdyż nigdy by sobie nie wybaczył, jeżeli straciłby swój pejcz. Hazir wybiegł z podwórka i skręcił szybkim krokiem w lewo. Indy słyszał dochodzące z tyłu ciężkie kroki Sallaha. Nie czekał jednak na niego i biegł dalej za Hazirem. Ku swojemu zadowoleniu zauważył, iż ten w pewnej chwili wbiegł prosto w ślepy zaułek. Teraz wszystko zależało już od silniejszego. Hazir wycelowal pięść w głowę Indy'ego, ale ten szybko uniknął ciosu i potężnym kopem w brzuch powalił Araba na ziemię. Hazir wydał z siebie głośny jęk, ale po chwili zerwał się i wściekle rzucił się na Jonesa. Indy wykorzystał moment nieuwagi Hazira i walnął go w nos. Tym razem Arab miał dość i pozostał bez ruchu leżąc w brudnym piachu. Indy natychmiast złapał przestraszonego Araba za ramiona.
- Gadaj! - krzyknął. - Dla kogo pracujesz?
- Proszę mnie nie krzywdzić, ja nic nie wiem! - odparł Hazir niemal zanosząc się płaczem.
Indy otwartą dłonią uderzył go w policzek.
- Dla kogo pracujesz? - zapytał ponownie i podniósł rękę, by pokazać, że uderzy go po raz kolejny, jeśli nie będzie współpracował.
- Proszę, proszę nie bić! - zawołał Arab. - Już mówię, już mówię!
- A więc? - Indy niecierpliwił się.
- Dwa dni temu dostałem tą pracę od Włocha, o imieniu Alfonso Dimaggio Calzone.
- I co?
- Kazał mi dobrze śledzić każdy pana ruch - kontynuował Arab. - Płacił dobrze. Ba, bardzo dobrze! Całe czterdzieści dolarów. Hazir nie mógł odmówić!
- Co dalej?! - niecierpliwy Indy omal znowu go nie uderzył.
- Nie, nie, już mówię! Miałem dać mu znać, kiedy odnajdzie pan tajną komnatę. Bardzo zależało mu na artefakcie, którego pan szukał. Dałem mu więc znak, a on i jego ludzie sprzątnęli wszystko, co miało jakąś wartość. Potem wyjechali.
- Gdzie i czym? Gadaj! - Indy chwycił mocniej Hazira.
- Nie, proszę! Wypłynęli jachtem, na Sycylię!
- Wczoraj wieczorem?
- Tak. Hazir widział, jak ich jacht wypłynął z Kairu. Hazir był świadkiem. Pan puści Hazira teraz?
- Nie tak szybko - Indy uśmiechnął się. Tymczasem nadbiegł Sallah.
- Indy, dobrze że jesteś cały! - sapał.
- Sallah, wiem już wszystko, co mi potrzebne, żeby odzyskać Rolki Pisma Świętego.
- Cieszy mnie to, Indy. A co zrobimy z nim? - Sallah wskazał na leżącego Hazira.
- Nie możemy go puścić. Od razu poinformowałby Calzone'a, a ten zapłaciłby mu jeszcze lepiej. Calzone nie może teraz wiedzieć, że go ścigamy. Byłoby to zbyt niebezpieczne.
- Więc co z nim zrobimy? - spytał ponownie Sallah.
- Jest jedno wyjście - powiedział Indy surowo. - Wezmę go ze sobą.
Był już wieczór i ulice Kairu powoli pustoszały. Wszystkie bazary były już zamknięte. Indy miał już spakowaną walizkę i powoli zmierzał w stronę portu, gdzie wypożyczył rybacki kuter. Pożegnał się z Sallahem i jego rodziną. Gorąco podziękował za gościnę u nich.
- Zawsze jesteś tu mile widziany - Sallah wyznał to, co Indy wiedział już od dawna. - Zarówno przeze mnie, jak i całą moją rodzinę.
- Dziekuję, przyjacielu - odparł Indy, po czym razem z Hazirem weszli na wielki kuter. Z pokładu po raz ostatni pomachał swojemu przyjacielowi. - Do zobaczenia!
Indiana podszedł do siedzącego bez ruchu Hazira.
- Będziesz spał w maszynowni, przywiązany do rury. Pasuje? - zapytał ironicznie Indy, chociaż odpowiedź była oczywista.
- Jak effendi sobie życzy - odparł jakby pogodzony z losem Hazir.
- A więc załatwione.
Razem weszli do dużej maszynowni kutra. Indy dał Hazirowi materac i mocno związał mu nogi i ręce.
- Karaluchy pod podpuchy - powiedział Indy i wyszedł, by zamienić słówko z kapitanem łajby. Kapitanem statku o wdzięcznej nazwie "Rabuś III" był Mokamba Tatsemu z Nigeru.
- Dobry wieczór - rzekł Indy. Kapitan Tatsemu siedział na drewnianym krześle i palił papierosa.
- Witam - Murzyn nawet nie podniósł głowy.
- Ile ta podróż będzie trwała? - spytał Indy. Tatsemu zaciągnął się papierosem i zastanowił się.
- Stąd do wybrzeża Sycylii być mniej więcej 1800 kilometrów. To być mniej więcej 4 dni. Jeżeli my się pospieszyć, może nawet 3.
- Wspaniale - odparł Indy - Ile to będzie kosztować?
- Monsieur płacić po podróży. Opłata zależeć od przebiegu podróży. Nie być komplikacji, monsieur płacić dziesięć dolarów. Być komplikacje, monsieur płacić więcej. Monsieur się nie martwić, Mokamba załatwić wszystko.
- Wspaniale - powtórzył Indy - Dziekuję. Teraz idę się trochę przespać.
Jones wszedł do kajuty i położył się do starego, skrzypiącego łóżka. Nie mógł zasnąć, co było spowodowane mocnym bujaniem kutra.
Około drugiej w nocy Indy usłyszał kroki przed swoimi drzwiami. Najpierw pomyślał, że to tylko przechodził ktoś z załogi. Jednak kiedy usłyszał, że kroki były bardzo powolne, uznał iż ten ktoś się skradał. Indiana zerwał się z łóżka i chwycił Webleya. Stanął za drzwiami kabiny i czekał. Kroki powoli ucichły, więc Indy otworzył drzwi. Z daleka zauważył wielką posturę kapitana Tatsema. Szybko za nim podążył, gdyż Tatsemu zmierzał do maszynowni kutra. Mógł mieć zatem tylko jeden cel - uwolnić Hazira. Tak też właśnie było. Indy stanął za drzwiami do maszynowni i ukradkiem oglądał, jak Tatsemu budził Hazira.
- Wstawać, chłopie - szepnął Tatsemu. Hazir przetarł oczy.
- Która godzina? - zapytał.
- Dochodzić w pół do trzeciej - oznajmił Tatsemu. Hazir natychmiast zerwał się na nogi.
- Użyję łódź ratunkową - powiedział. - Daleko już odpłynęliśmy od lądu?
- Nie. Spokojnie pokonać ten odcinek w parę godzin.
Obaj ruszyli w stronę drzwi. Indy wiedział, że nic nie mógł zrobić. Załoga Tatsemu składała się z przynajmniej dziesięciu ludzi. Amerykanin z łatwością obliczył swoje szanse. Przycisnął się więc do ściany i patrzył, jak Tatsemu i Hazir znikli w głębi kutra. Indy szybko udał się do kabiny, tym razem zamykając się dokładnie od środka. Na wszelki wypadek zasunął też drzwi komodą. Krótko potem zasnął. Tej nocy śniły mu się koszmary.
Następnego ranka Indiana wstał niezbyt wypoczęty. Odsunął komodę i wyszedł na pokład wciągając świeże, morskie powietrze. Nagle zorientował się, że stali w miejscu. Ogarnęła go złość.
- Widzieć, że monsieur wstać - głos Tatsema wydawał się bardziej wesoły niż przy pierwszej rozmowie.
- Właśnie odkryłem, że mój więzień zniknął - Indy nie ukrywał niezadowolenia.
- Mokamba uznać więzienie za bardzo złe. Uwolnić więźnia, bo więzień bardzo biedny.
- Czemu stoimy?
- Benzyna się skończyła - odpowiedział Tatsemu.
- Przed odjazdem wyraźnie powiedziałem, by załadować baki do pełna!
- Monsieur nie stawiać warunków, Tatsemu być kapitanem - Murzyn roześmiał się.
- To klient zawsze stawia warunki - odparł krótko Indy. - Teraz nic panu nie zapłacę. Przez pana zniknął mi więzień. Przez pana nie dotrę też na czas na Sycylię. Przykro mi.
Po tych słowach Indy wrócił do kabiny i pozostawił Tatsemu stojącego bezradnie.
Dopiero cztery dni później, około godziny czwartej, Indy ujrzał ląd Sycylii. Ucieszył się bardzo, gdyż nie mógł już wytrzymać w towarzystwie kapitana Tatsemu. Zszedł z kutra na ląd bez słowa pożegnania. Słyszał za sobą protesty Tatsema, ale wiedział, że nie miał powodu, by mu płacić.
Jeszcze tego wieczoru Indiana wjechał taksówką do miasta Pachino. Spytał taksówkarza o jakiś tani hotel, ale nie uzyskał interesujących go informacji.
- Pachino to małe miasto - tłumaczył się Włoch. - Nie ma tu hoteli jak w dużych miastach. Dam signore moją radę... Proszę wziąść pociąg do Syracause. Co prawda krążą pogłoski o tamtejszych działaniach lokalnej mafii, lecz to dobre miejsce, by trochę się rozejrzeć. Niech signore uważa - ostrzegł.
Indy podziękował i dał taksówkarzowi spory napiwek. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio spotkał się z taką uprzejmością.
Na miejscowym dworcu nie było zbyt wielu ludzi. Jakiś pijak lub zaspany strażnik - to wszystko, co prezentował sobą sycyliski dworzec.
- Przepraszam - Indy zaczepił starszą panią. - Wie pani może, kiedy odchodzi stąd najbliższy pociąg do Syracause?
Kobieta nie rozumiała jednak angielskiego. Indy podszedł więc do okienka informacyjnego.
- Ma pan wielkie szczęście - oznajmiła kasjerka. - Za parę minut będzie pociąg. Chce pan teraz wykupić bilety?
- Poproszę o jeden bezpowrotny.
Oprócz biletu kupił też gazetę, po czym usiadł na ławce stojącej w pobliżu. Gazeta wyglądała na bardzo nudną, ale po przejrzeniu jej Indy ujrzał spory artykuł. "Mafia zagraża ludności Palermo" - brzmiał napis. Indy przeczytał pospiesznie artykuł i dowiedział się, że to właśnie Dimaggio Calzone był szefem tej sycylijskiej mafii. Odłam tej mafii grasował również w Chicago. Indy zdał sobie sprawę, że będzie musiał być ostrożny, jeżeli zadrze z tą wielką mafia. Tymczasem pociąg nadjechał, więc Indy zabrał gazetę, wziął swoją walizką i wsiadł.
Palermo, Sycylia, 22 października 1934
Przebrany w biały smoking i fedorę Indy wyszedł z pociągu. Stacja była wypełniona ludźmi, tłok był niesamowity. Tego dnia padał deszcz. Indy szybko złapał taksówke i od razu zapytał o miejsce do spania.
- Signore, jest duży wybór hotelów! Lucio zna je wszystkie! - zawołał taksówkarz i zaczął wyliczać na palcach. - Mamy Hotel "Bonito", świetny, nocuje tam dużo turystów, jest jednak trochę drogi. Mamy Hotel "Palma", tańszy, ale równie luksusowy. Hotel "Grande" to wielki ośrodek, najdroższy i najbardziej luksusowy. Signore, ma pan duży wybór!
Indy śmiał się słysząc to wszystko. Teraz potrząsnął głową.
- Nie. Jestem zainteresowany czymś tańszym. Byle było łóżko, światło i śniadanie. Zna pan takie miejsce?
Uśmiech natychmiast znikł z twarzy wesołego Włocha. Widocznie nie lubił biedaków.
- Signore nie jest bogaty, prawda? - spytał rozczarowany Lucio.
- Nie jestem - krótko odparł Indy. - Zostanę tu tylko dwa-trzy dni. Naprawdę nie mam zamiaru kąpać się w luksusie.
Włoch kiwną głową, jakby wreszcie zrozumiał.
- Polecam więc dom wczasowy "El Sol", tani i dobry. Pasuje?
- Proszę mnie tam zawieść.
Dom wczasowy "El Sol" nie był dokładnie taki, jak opisał go Lucio. Miał mnóstwo luksusów takich jak yacuzi czy masaże, ale Indy'emu nie chciało się już szukać innego. Mimo, że był niezbyt zadowolony, zapłacił 15 dolarów i poszedł do swojego pokoju. Był całkiem duży. Miał ściany w wiśniowym kolorze, czarne bordy, małe biurko oraz duże łóżko.
Kilka kilometrów od "El Sol" leżała mała knajpa. Wszedł do niej taksówkarz Lucio. Zamienił dwa słowa z barmanem, po czym poszedł na zaplecze, gdzie siedział Calzone i dwóch oprychów. Rozmawiali cichym tonem dopóki nie wszedł Lucio.
- Cześć, Lucio - odezwał się Calzone po przerwanej rozmowie. - Jakieś wieści?
- Tak, proszę pana - odpowiedział Lucio i ściągnął z głowy beret. - Zawiozłem Jonesa do "El Sol".
- Świetnie - ucieszył się Calzone. - Wszystko zgodnie z planem. Hazir bardzo nam się przydał.
Po chwili do pokoju wszedł właśnie Al Hazir.
- Kiedy otrzymam moją zapłatę? - zapytał. Calzone powoli zgasił cygaro i spojrzał groźnie w jego stronę.
- Płacę, kiedy przychodzi pora. Nie lubię natrętnych ludzi, ani też niecierpliwych. Zapamiętaj to sobie, Hazir.
Hazir skinął głową. Bał się.
- A więc, Lucio - Calzone zwrócił się do taksówkarza. - Ile Jones zamierza zostać w mieście?
- Mówił, że nie więcej niż trzy dni - odpowiedział Lucio posłusznie.
Calzone zrobił grymas, który jak sam myślał, miał wyglądać jak uśmiech.
- Jonesa złapiemy już wkrótce - powiedział, po czym zapalił kolejne cygaro. - Musimy się dowiedzieć, czemu zależy mu tak bardzo na tych Rolkach...
Nagle do pokoju wtargnęła kobieta. Była to córka Calzone'a. Miała około 20 lat i była bardzo uroczą brunetką.
- Tato - rzekła poirytowana. - Te bandziory nie chciały mnie wpuścić. Znowu coś knujecie?
- Ależ Mercedes, nic nie knujemy. Pracujemy. To przecież nasz zawód.
Mercedes nie była pocieszona odpowiedzią jej ojca i zostawiła ich samych bez słowa. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, Calzone zapytał:
- Kto trzymał wartę i nie chciał wpuscić mojej córki?
Po chwili ciszy wielki drab w czarnym garniturze nieśmiało powiedział "ja". Wtedy Calzone wyjął małego Colta z kieszeni i z zimną krwią zastrzelił oprycha.
- I po sprawie - powiedział, po czym razem z Hazirem, Luciem i dwoma innymi bandytami wyszedł z pokoju.
Kilka minut wcześniej do tej samej knajpki wszedł Jones. Był już przebrany w swe beżowe spodnie i skórzaną kurtkę. Na głowie miał jak zwykle fedorę. Usiadł samotnie przy małym stoliku i zamówił whisky. W pewnym momencie w knajpie pojawiła się wysoka brunetka. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną. Kiedy przechodziła obok stolika Indy'ego, on chrząknął cicho.
- Nerwy puszczają?
Kobieta odwróciła się.
- Pardon?
- Nie, nic. Gadam sam do siebie - odparł Indy.
Nie dała za wygraną.
- Nie lubię narzucających się facetów - oznajmiła z sarkazmem.
- A ja nie lubię uważnych kobiet - odrzekł takim samym tonem Indy. - Proszę się nie unosić.
Puścił oko. Na to leciały wszystkie kobiety, jakie znał.
- Nie złapiesz mnie na to - odparła pewna siebie. - Amerykanin, mam rację?
- Zgadłaś - oznajmił Indy i kiwnął palcem barmanowi. - Napijmy się whisky. Ja stawiam.
- Dzięki, ale to bar mojego ojca. Mogę tu wypić ile zechcę. Oczywiście za darmo - kobieta puściła oko, a Indy poczuł się niezmiernie głupio.
- No cóż... - Indianie nic innego nie przyszło do głowy.
- Koniec? - zapytała.
- Nie - szybko zaprzeczył Indy.
- A więc...
Kobieta wstała i miała zamiar wyjść, ale Indy dodał:
- ...Dopiero początek.
Tym razem kobieta dosiadła się na dłuższą rozmowę.
- Kim jesteś? Chyba cię skądś znam... - spytała dziewczyna.
- Ten, kto pyta, powinien się najpierw przedstawić - uśmiechnął się Amerykanin.
- Nazywam się Mercedes Calzone.
Normalnie Indy zachwyciłby się tym pięknym imieniem, jednak tym razem oniemiał. To była córka człowieka, którego szukał.
Moje nazwisko Jones - odpowiedział machinalnie Indy.
- Indiana Jones? - zapytała z niedowierzaniem dziewczyna.
- Tak, to ja.
- To dla mnie zaszczyt - odparła, choć nie wyglądało, by tak naprawdę myślała. - Co cię sprowadza do naszej cichej okolicy?
- Właśnie ostatnio jest tu dość hucznie - odparł Indy z uśmiechem. - Twój ojciec ukradł mi pewną Rolkę...
- Posłuchaj - Mercedes podniosła głos. - Nie wiem nic o biznesach mojego ojca. Nic mi o nich nie mówi, nie mam też na nie wpływu. Jeżeli chcesz z nim pogadać, to jest na zapleczu.
Indy aż podskoczył.
- Dimaggio Calzone siedzi za tą cholerną draperią?
- Uszyła ją moja zmarła matka - przerwała Mercedes.
- Och... - znowu zrobiło mu się głupio. - Naprawdę mi przykro. I przepraszam za mój głupi... ehh... wybryk.
- Nie ma sprawy, przecież nie mogłeś tego wiedzieć. Muszę już iść, umówiłam się z przyjaciółką do teatru. Powodzenia w odzyskaniu Rolki. Nie licz jednak, że ci pomogę kiedy będziesz już w tarapatach.
Chwilę później Mercedes wyszła z knajpy. Indy postanowił teraz się rozejrzeć, chociaż wiedział, że było mało prawdopobobne, by Calzone trzymał Rolki właśnie tu. Indiana wstał z krzesła i rzucił parę lirów na stół. Udał, że zmierza do toalety, ale naprawdę zakradł się do draperii. Ostrożnie za nią zajrzał. Pokój był całkowicie pusty. Był tam jedynie stół i cztery dębowe krzesła. Na końcu pokoju znajdowały się drzwi. Kiedy Indy powoli do nich podszedł, usłyszał męskie głosy.
- ...śledźcie każdy ruch Jonesa, zrozumiano? - powiedział ktoś. - Nie będę tolerował błędów. Nie tym razem. Za tydzień sprzedamy Rolki, jednak do tego czasu nie możemy ich stracić. Są warte fortunę. A Jones będzie już wtedy trupem.
Indy usłyszał trzeszczące o podłogę krzesła, więc szybko ruszył w stronę draperii. Jak się okazało, za późno - przy wyjściu wpadł na barmana.
- Hej, co ty tu robisz? - krzyknął dryblas. - Podsłuchiwałeś?! Hej, chłopaki! Chodźcie tutaj!
Barman zdzielił nieprzygotowanego Indianę w brzuch. Amerykanin zgiął się w pół, jednak szybko wstał i porządnie oddał barmanowi w głowę. Nie czekał na rezultat - szybko zwiał z baru. Po drodze przewrócił parę krzeseł i wzbudził panikę wśród wszystkich gości. Szybko wydostał się na zewnątrz i skręcił w lewo. Po chwili ludzie Calzone'a wydostali się z baru, ale Indy był już dość daleko. Jones biegł ile miał sił w nogach, aż ku swojemu szczęściu ujrzał taksówkę. Szybko do niej wsiadł.
- Jedź pan! - krzyknął. Zaskoczony taksówkarz nie wiedział, co robić.
- Płacę podwójnie! Albo nie, potrójnie! Jedź pan! - ryczał Indy. W końcu taksówkarz dał gaz do dechy, co akurat w tej chwili było błędem. Ludzie Calzone'a właśnie wybiegli z alejki. W normalnych okolicznościach nie zauważyliby taksówki pośród wielu innych samochodów, ale teraz od razu ich uwagę przykuło szybko ruszające z miejsca auto. Dwaj goryle, którzy znaleźli się najbliżej taxi, od razu wskoczyli na maskę pędzącego samochodu. Taksówkarz zaczął krzyczeć.
- Niech pan jedzie i nie zważa na nic! Niech się pan nie zatrzymuje, dobrze?
Przestraszony mężczyzna kiwnął tylko głową. Indy otworzył okno od samochodu i niezapowiedzianie uderzył jednego z gangsterów w szczękę. Ten zakwiczał i odpadł od jadącego samochodu. Drugi bandzior zachował się lepiej - przesunął się w bok i złapał Indy'ego za szyję.
- Niech pan trochę pomanewruje! - krzyknął Indiana do taksówkarza. Ten kiwnął głową i zaczął rwać kierownicę w lewo i prawo. Samochód omal nie wpadł w poślizg, ale Indy zdołał zrzucić niebezpiecznego przeciwnika na twardy asfalt. Kiedy Jones myślał, że jest już po wszystkim, usłyszał strzały. Reszta ludzi Calzone'a goniła ich zawzięcie samochodem i raz po raz strzelali. Archeolog natychmiast wyjął zza pasa starego Webleya i wychylil się przez okno. Oddał parę strzałów w kierunku kół samochodu Calzone'a, lecz niestety chybił. Naładował Webleya na nowo i ponownie wychylił się przez okno, tym razem z lepszym pomysłem. Strzelił kilkukrotnie w przednią szybę ścigajacego ich pojazdu. Prowadzący auto gangster schylił się, by uniknąć kul i puścił kierowicę. Samochód Calzone'a gwałtownie skręcił i uderzył w stojący przy drodze słup.
- I po sprawie - powiedział Indy i schował rewolwer. Wyjął z kieszeni pieniądze i położył na przednim siedzeniu.
- Tutaj może mnie pan wypuścić - powiedział Jones. - Wielkie dzięki i przepraszam za wszystko.
Zaszokowany taksówkarz w dalszym ciągu nie był w stanie się odezwać. Tymczasem Indy pospieszył się i ruszył przed siebie. Właśnie wtedy natknął się na najmniej spodziewaną osobę.
- Mercedes?
Kobieta odwróciła głowę.
- Doktorze? - odezwała się z lekko przesadzoną uprzejmością.
- Wracasz z teatru? - zapytał Indy.
- Nie, właśnie rozmawiałam z ojcem. Jutro jedzie do Stanów, chyba na jakiś biznes.
- Kurczę... Przeklęty drań... - mruknął Indy. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Calzone jechał do Stanów prawdopodobnie po to, aby sprzedać Rolki.
- Kto...? - spytała Mercedes, lecz nie dokończyła... Indy usłyszał świst kuli przelatującej obok niego, a dziewczyna zatoczyła się i upadła na ziemię z przebitym brzuchem.
- Cholera! - zaklął Indiana, po czym szybko schylił się i zbadał puls Mercedes. Był słaby... - Niech ktoś sprowadzi pomoc!
- Jestem lekarzem, co się stało? - nagły głos zza pleców niemal przestraszył Jonesa.
Podszedł niski facet w garniturze i okrągłych okularach. Kiedy zobaczył leżącą na ziemi zranioną kobietę, schylił się i naprędce zbadał.
- Trzeba ją natychmiast zawieźć do szpitala - oznajmił.
Indy stanął na środku ulicy i zatrzymał pierwszy przejeżdżający akurat samochód.
- Co jest...?! - zdenerwowany kierowca wychylił się z pojazdu.
- Mamy rannego, nie czas na kłótnie - odparł Indy i nie czekając na zgodę kierowcy wspólnie z lekarzem przeniósł ranną dziewczynę do auta. Lekarz usiadł na przednim siedzeniu i zakomenderował:
- Prędko, do szpitala.
Niezadowolony kierowca powiedział coś pod nosem, ale posłusznie odpalił silnik.
- Przeżyje? - zapytał lekarza Indy.
- Jeśli szybko dostanie pomoc, to tak - odpowiedział lekarz i szybkim ruchem zamknął drzwi auta.
Indy natychmiast wrócił z powrotem do hotelu. Niestety spotkały go tam niemiłe zdarzenia. Przy drzwiach do swego pokoju zobaczył muskularnego faceta ubranego w czarny garnitur, biala koszulę i czarny krawat. Dryblas stał i rozglądał się, jakby na kogoś czekał. Indy wiedział już, na kogo...
Szybko ruszył więc do ogrodu znajdującego się na tyłach hotelu. Był tam mały taras z drewnianymi krzesłami. Aby dostać się przez okno do swego pokoju, Indiana musiał najpierw wspiąć się po drewnianym płocie porośniętym bluszczem. Kiedy był już tuż pod swym oknem, deski na których stał zaczęły mocno trzeszczeć. Przestraszony Indy zamarł, jednak po chwili namysłu wybił się do swego okna i ledwo co złapał się parapetu. Sekundę potem cały płot, na którym stał, zawalił się z głośnym dudnięciem. Następnie Indy rozbił okno Webleyem i wszedł do środka. Pokój wyglądał na nieruszony od chwili ostatniego pobytu archeologa. Indy szybko zebrał swoje rzeczy i wrzucił do małej torby. Pejcz przyczepił do pasa, a następnie otworzył drzwi wiodące na korytarz. Tym razem był on pusty, więc Jones ruszył na dół po dębowych schodach. Kiedy znalazł się przy recepcji, zauważył otwarte drzwi i plecy gangstera w czarnym garniturze. Mogło ich być więcej, więc Indy nie chciał robić wielkiego zamieszania. Mały raban był jednak niezbędny...
Amerykanin odczepił pejcz i mocnym ruchem ręki strzelił goryla w plecy. Ten wrzasnął i szybko wyjął z kieszeni broń, ale Indy był już wtedy za jego plecami i z całej siły uderzył go dwoma rękami w głowę. Początkowo Indy'emu wydało się, że bydlak nawet nie poczuł tego uderzenia, jednak po chwili facet ciężko upadł na ziemię i nie miał już ochoty wstawać.
Indy ruszył dalej i uważnie rozglądał się. Nie widział jednak innych ludzi Calzone'a, więc ruszył biegiem wzdłuż ulicy. Złapał taksówkę i kazał kierowcy pojechać gdziekolwiek, byle daleko...
Samolot Ford Trimotor 5-AT-B c/n 34 nie był zwykłym samolotem pasażerskim. Mafia przemycała w nim spirytus, cygara, a nawet narkotyki. Podczas tego lotu przez Atlantyk przewoził jednak co innego. Indy dobrze zapłacił pilotowi, aby potajemnie przetransportował go do Ameryki. Pilot o nazwisku Zadwon zgodził się, jednak postawił kilka warunków. Indy musiał zadowolić się ciasną miejscówką pośród pudeł, które zawierały tajemniczy ładunek. Zadwon wiózł też ze sobą dwóch kumpli: Japończyka i Ukraińca. Z lotu Rzym-Islandia-Chicago pozostała do końca już mniej niż godzina. Indy spał prawie całą podróż, pod koniec jednak obudziły go głośne dzwięki silnika. Amerykanin przeszedł do kokpitu i zajrzał do środka. Zadwon i Japończyk nerwowo obsługiwali panel sterowania.
- Jakieś kłopoty? - zapytał Indy.
- Mamy mały problem z nawigacją, proszę pana - oznajmił Zadwon spokojnie. - Będziemy zmuszeni przesłać radiem wiadomość do lotniska w Chicago. Muszą nam dobrze oświetlić lotnisko. Proszę się jednak nie martwić, najwyżej wylądujemy gdzieś indziej.
- Jasne - niezadowolony Indy wrócił z powrotem na swoje miejsce. Obok siedział ukraiński kolega Zadwona i palił papierosa.
- Jakieś wieści, doktorze? - spytał ochrypłym głosem. Indy kiwnął głową.
- Jakiś niewielki problem - chciał usiąść, lecz potknął się o jedno z pudeł i uderzyl głową o inne. Cicho zaklął. - Co właściwie tam macie w tych pudłach?
Ukrainiec potrząsnął lekko głową.
- To tajemnica Zadwona, doktorze - rzekł cicho. - Podobno zarobi na tym kupę forsy. To jest niezapowiedziany lot, miał pan wielkie szczęście, ze się pan tu załapał. Śpieszy się panu do Ameryki, doktorze?
- Ahh... - uśmiechnął się Indiana. - To jest moja tajemnica...
Ukrainiec zarechotał.
- Każdy ma swoje tajemnice.
- Zgadza się. Mogę tylko panu powiedzieć, ze jestem Amerykaninem, a Ameryka to mój dom. Powiedzmy więc, że jadę do domu.
Ukrainiec roześmiał się jeszcze głośniej.
- Wielki z pana czub...
- Słucham?
- Nie, proszę się nie obrażać. W mojej rodzinie słowo "czub" zawsze oznaczało dobrego człowieka, z humorem. Pan jest właśnie czubem.
Indy nie bardzo rozumiał sposobu myślenia starego Ukraińca, lecz skinął głową i wymusił na twarzy krótki uśmiech.
Wkrótce po tej rozmowie Indiana usłyszał świszczący odgłos silników i poczuł drgnięcie. Samolot zmierzał w dół. Jones wstał i po raz drugi udał się do kokpitu.
- Lądujemy?
- Tak - odpowiedział Zadwon. - Na szczęście bez kłopotów.
Parę minut potem samolot dotknął ziemi i zatrzymał się.
- Dziekuję za wszystko, panie Zadwon - powiedział Indy i założył fedorę.
- To ja dziękuję za tak znakomitego pasażera - uśmiechnął się pilot i otworzył Indy'emu drzwi.
Archeolog wreszcie mógł odetchnąć świeżym, amerykańskim powietrzem. Wolnym krokiem zaczął iść w stronę terminalu.
Po drugiej stronie złapał taksówkę, która zawiozła go do centrum Chicago. Aby odpocząć, Indiana poszedł do najbliższej knajpy. Kiedy wszedł do środka poczuł silny zapach mocnego alkoholu oraz papierosów. Usiadł przy barze i zamówił czarną kawę. Tuż obok niego siedział elegancki mężczyzna w kapeluszu. Indy zobaczył futerał od skrzypiec leżący u jego stóp i uznał, że to musi być jakiś muzyk.
- Pan jest dzisiaj drugą osobą, która nie zamówiła piwa - zaśmiał się barman i podał Indy'emu filiżankę. - Tylko ten pan - wzrokiem wskazał muzyka - dziwnym trafem zamówił herbatę.
Odruchowo Indy lepiej przyjrzał się muzykowi. Jego twarz przypominała mu kogoś. Nie wiedział jednak kogo i to go trapiło.
- Pan stąd? - zapytał barman. Indy wzruszył ramionami.
- Z kraju - tak, z miasta - nie.
- Widzę, że długo pan nic nie jadł. Dopiero co pan przyjechał, co? Może coś podać? Mamy naprawdę duży asortyment dań na ciepło.
Nagle muzyk, który dotychczas pił w milczeniu herbatę, odezwał się grubym głosem:
- Proszę zostawić tego pana w spokoju. Nie widzi pan, że jest zmęczony?
- Oczywiście - odpowiedział pokornie barman i wyszedł na zaplecze.
Indy kiwnął głową do muzyka.
- Pan stąd? - spytał.
- Pochodzę z Irlandii - odpowiedział zagadnięty.
Indy od razu poznał irlandzki akcent irlandzki mężczyzny. Co więcej, wreszcie przypomniał sobie kogo mu on przypominał.
- Ma pan może brata, Jacka? - pytał dalej Indy. Muzyk zdziwił się.
- Zgadza się, Jack to mój brat - oznajmił zaskoczony. - Skąd pan to wie?
- Jack Shannon? - Indy śmiał się.
- Tak - odparł muzyk. - To mój brat. Ja jestem Brian Shannon.
Jack Shannon był starym kumplem Indy'ego jeszcze z czasów studiów. Grywał jazz, a reszta jego rodziny miała powiązania z irlandzką mafią. Mafią... Indy wszystko sobie przypomniał i przestraszył się. Shannon zauważył to.
- Indiana Jones, prawda?
Indy przytaknął.
- Proszę się nie martwić. Rodzina nie krzywdzi przyjaciół.
Oczywiście chodziło o mafię. Ale Indy już odetchnął z ulgą.
- Naprawdę grywa pan na skrzypcach? - zapytał. Brian Shannon wbił w niego wzrok.
- Mówmy sobie na "ty". Jestem Brian.
- Indy - rzekł Amerykanin i podał rękę gangsterowi.
- Grywam, tak - Shannon zaczął odpowiedź na zadane wcześniej pytanie, lecz nie dokończył. Słychać było strzały, a po chwili do knajpy wtargnęła grupa uzbrojonych gangsterów. Indy szybko wyjął swój rewolwer i schował się za barem. Za to Brian Shannon otworzył futerał na skrzypce i wyjął z niego Thompsona 29, zwanego powszechnie "Tommy-gunem". Wycelował w napastników i celnymi seriami powalił wszystkich na ziemię. Po chwili przy drzwiach leżaly same trupy, a Shannon szybko schował karabin do futerału.
- Po sprawie - rzekł szorstko, a Indy wychylił się zza baru.
- Nieźle - powiedział widząc leżące trupy. Nagle w jednym z nich rozpoznał taksówkarza Lucia. - A więc wiedzą, że tu jestem.
Shannon spojrzał na Indy'ego trochę zaskoczony.
- Taaak. To sycylijska mafia. Już od dawna jesteśmy z nimi w stanie wojny. Chicago to miasto kryminału - Brian zabrał swój futerał i pospiesznie skierował się do wyjścia. - Do widzenia, Indy. Jeżeli będziesz potrzebował jeszcze jakiejś pomocy, niekoniecznie takiej jak ta, to przyjdź do klubu "Athair".
- Pozdrów ode mnie Jacka przy najbliższej okazji - krzyknął za nim Indy.
- Pozdrowię - Shannon nie odwracając się wyszedł z knajpy.
Indy podczas swojego pobytu w Chicago zatrzymał się u starego przyjaciela Ernie'ego, który mieszkał w Chicago na stałe. Ernie był dziennikarzem i prawie nigdy nie było go w domu, więc Indy miał mieszkanie niemal tylko dla siebie. Po paru dniach pobytu nie udało mu się jednak natrafić na ślad Calzone'a i jego ludzi. Postanowił wtedy skorzystać z pomocy Briana Shannona.
Indy wyszedł na dwór. Powitała go całkiem ładna pogoda. Na brudnej ulicy siedziały dzieci i rysowały, skakały lub grały w piłkę. Na rogu opalał się miejscowy mlekarz, a obok niego stał rower z przyczepą wypełnioną butelkami po brzegi. Drzewa rosły wzdłuż ulicy i miejscami rzucały miły cień, który bardzo pozwalał odetchnąć w tym słonecznym dniu. Indy postanowił spacerem pójść do miasta i odnaleźć klub "Athair". Naciągnął fedorę nisko na oczy, dzięki czemu nie raziło go palące słońce. Kiedy znalazł się w centrum, zaczął uważniej przyglądać się lokalnym knajpom. W końcu zauważył zadbane wejście z polerowanymi dębowymi drzwiami. Niewielka deska z napisem "Athair" sterczała nad drzwiami, ale była widoczna. Indy wszedł do środka. Klub "Athair" był tym, czym Indy najmniej się spodziewał. Wewnątrz okazał się zupełnie zwykłym, nie rzucającym się w oczy klubem. Tuzin stolików, cztery krzesła przy każdym z nich oraz mały bar - to było wszystko, co ta knajpa oferowała. Przy jednym ze stołów siedziała kobieta, mocno ściskając torebkę w ręce, i nerwowo piła kawę. Przy drugim stoliku Indy ujrzał Shannona i dwóch innych mężczyzn. Shannon podniósł głowę.
- Indy - rzekł z uśmiechem. - Panowie, to jest Indiana Jones. Przyjaciel rodziny.
Archeolog przywitał się i usiadł przy stole.
- Indy, właśnie omawialiśmy odnowienie tej knajpy. Ale myślę, że już jesteśmy po umowie. Mam rację, panowie?
Obaj faceci kiwnęli głowami, nie bez śladu lęku. Następnie wstali i ruszyli do wyjścia. Krótko potem zniknęli z dzielnicy.
- Więc, Indy... Co cię sprowadza do naszego skromnego kąta?
- Szukam niejakiego Calzone'a. Tu, w Chicago - zaczął Indiana. - Na pewno wiesz, że jestem archeologiem...
- Tak, wiem - potwierdził Shannon.
- A więc... - kontynuował Indy. - Niedawno prowadziłem ekspedycję w Egipcie. Calzone napadł na moją ekipę i ukradł pewien artefakt. Po prostu chcę się dowiedzieć, gdzie się teraz zatrzymał.
- "Zatrzymał" to nie jest właściwe określenie - szybko odpowiedział Brian - Calzone ma kasy jak lodu i może kupić sobie dom, nawet jeśli jest w jakimś miejscu po raz pierwszy.
- Ehh... - Ciągle zmieniający się temperament Shannona był utrudniał konwersację Indy'emu. - Więc gdzie ma swoją główną siedzibę?
Shannon nie odpowiedział. Odwrócił za to głowę i gwizdnął. Po chwili w drzwiach pojawił się niski mężczyzna z gęstym wąsikiem i beretem na głowie.
- Dzień dobry, signore - odezwał się do Shannona.
- Indy, to jest Calmagio, zwany także "Czarnym Zębem". Bardzo sprytny. Pracował kiedyś dla Calzone'a, teraz przeszedł do nas. Zna wszystkie kryjówki Calzone'a jak własną kieszeń. Moim zdaniem Calzone trzyma ten artefakt w jednym ze swoich sejfów.
Indy pomyślał przez chwilę.
- Masz rację, Brian. Pan Calmagio będzie właściwym człowiekiem do tej roboty.
- Jakieś odsetki, proszę pana? - zapytał Calmagio chytrym głosem.
- Dostanie pan sto dolarów jeśli mi pan pomoże - szybko odrzekł Indy.
- Tylko sto dolców? - Calmagio omal nie wyszedł z baru, ale Brian zawołał:
- Calmagio, bałwanie! To jest przyjaciel, przyjaciolom się zawsze pomaga!
Calmagio szybko sciągnął z głowy beret i złożył głęboki ukłon.
- Tak jest, proszę pana.
- Widzisz, Indy? Calzone ma swoją posiadłość niedaleko stąd. Jest to niewielka willa, musisz jednak być ostrożny. Calmagio, a ty lepiej ubierz czarną czapę, tak na wszelki wypadek - zawołał za Włochem Shannon.
Calmagio kiwnął głową.
- Chcesz cappuccino, Indy? - spytał Brian.
- Dzięki, ale będę już szedł - odparł Indy i wstał. - Wielkie dzięki, stary. Podobny jesteś do brata.
Uścisnęli sobie ręce.
Tego wieczoru wydarzenia nie poszły jednak tak, jak wyobrażał to sobie Indy. Amerykanin umówił się wcześniej z Calmagio, że spotkają się na ulicy przed willą Calzone'a. Calmagio jednak nie przyszedł. W końcu Indy uznał, że jest na tyle późno, że już dawno trzymałby w dłoniach Święte Rolki. Gdyby nie ten bałwan Calmagio...
W pewnym momencie usłyszał kroki. Indy przestraszył się, gdyż jak się okazało dochodziły one z ogrodu willi. Amerykanin szybko przylgnął do muru i nasłuchiwał. Tymczasem kroki ucichły. Indy nie wiedział, czy w razie czego uciekać, czy walczyć. Zaczął też podejrzewać Calmagia... Może jednak nie był takim aniołkiem, za jakiego uważał go Brian Shannon. Indy zdecydował się w końcu iść ostrożnie wzdłuż muru. Na terenie willi nikogo nie było widać, a tajemnicze odgłosy kroków również zupełnie zanikły. Indy wyszedł ponownie na ulicę.
Rozczarowany archeolog postanowił wrócić do klubu Shannona. Był strasznie zły. Nagle ponownie usłyszał niedaleko siebie kroki a potem strzały, które po chwili zamilkły. Szybkim krokiem skierował się do miejsca, z którego dochodziły. Jego oczom ukazały się dwie postacie pochylone nad leżącą trzecią, jednak w mroku nie widział ich zbyt dokładnie.
- Ej! Wy tam! - krzyknął Amerykanin.
Dwie ubrane na czarno postacie odwróciły się. Indy szybko padł na ziemię, gdyż w jego stronę poleciał grad kul z karabinu. Natychmiast wyjął Webleya z kabury i oddał kilka strzałów w kierunku napastników. Chybił w ciemnościach, ale napastnicy zbiegli. Kiedy Indy podbiegł do leżącego na ziemii mężczyzny, oniemiał. W kałuży ciemnoczerwonej krwi leżał Alfonso Dimaggio Calzone. Martwy. Co więcej, w połach jego płaszcza Indy odnalazł Rolki Świętego Pisma. Napastnicy nie zdążyli ich zabrać.
Palermo, Sycylia, tydzień później
Mercedes Calzone wybudziła się z kilkudniowej śpiączki pamiętając niemal wszystko. Mafia Calzone'a już nie istniała. Ludzie z CIA wyłapali pozostałych gangsterów należących do jego szajki. Dowiedzieli się również, że Mercedes została postrzelona przez przypadek. Snajper wynajęty przez Calzone'a miał zlikwidować Jonesa. Chybił jednak trafiając jego córkę. Sam Calzone natomiast został zgładzony przez Calmagia, który poznał wartość Świętych Rolek i postanowił zagrabić je dla siebie.
Calmagio także został złapany i miał iść siedzieć. Niestety dzień przed rozprawą zginął w wypadku samochodowym. Tymczasem Święte Rolki Biblii były już bezpieczne w zbiorach nowojorskiego muzeum.
- Mój ojciec był świnią - oznajmiła słaba jeszcze Mercedes. - To wszystko moja wina, powinnam była go podać do sądu na samym początku.
Indy siedział u jej boku.
- No wiesz, trudno być córką szefa mafii - odparł niepewnie. - Co teraz zrobisz?
- Wiem tylko tyle, że przeprowadzę się do Stanów - odpowiedziała.
- Możesz polecieć ze mną, jutro mam samolot - odparł Indy. - Jeżeli tylko lekarze cię wypuszczą. I jeśli będziesz chciała... - uśmiechnął się.
- Na pewno. Czuję się już całkiem dobrze, jestem tylko troszkę osłabiona. Mogłabym już teraz wyjść.
Spróbowała wstać z łóżka, ale z westchnięciem opadła z powrotem na poduszkę.
- Nie tak ostro, dziewczyno - powiedział rozbawiony Indy i pocałował ją w czoło. - Wrocę do ciebie jutro. Razem pojedziemy na lotnisko.
Wyszedł z pokoju zostawiając ją z uśmiechem na twarzy.
KONIEC
Autor: Filip Makowski
© Publikacja za wiedzą i zgodą autora.
| |
| |
|
|
Sonda
|
|
| |
Zagłosuj !
|
|
|
|
Reklama
|
|
|
|
Nagrody
|
|
|
|