Indiana Jones Site
       Indy Site
 Newsy
 Forum
 Indiana Jones Wiki
 Bannery i buttony
 Linki
 Chcesz pomóc?
 Konkursy
 O stronie
 O autorze
 Mapa strony
 Kontakt
       Filmy
 Poszukiwacze
    Zaginionej Arki

 Świątynia Zagłady
 Ostatnia Krucjata
 Królestwo Kryształowej
    Czaszki

 Przygody młodego
    Indiany Jonesa

 Indy na DVD
       Gry
 Last Crusade
 Fate of Atlantis
 Infernal Machine
 Emperor's Tomb
       Książki
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Komiksy
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Publikacje
 Artykuły
 Wywiady
 Poradniki
       Fandom
 Opowiadania

 Skarb Chaldejczyków
 Zaginiony Skarb Templ...
 Miecz Mahometa
 Ostatnie Kamienie San...
 Sztylet Króla Pernokliusa  Szkarłatna Włócznia
 Święte Skrypty Biblii
 Taniec Śmierci
 Pierwsza Wyprawa
 Galeria
 Filmy
 Kolekcje
 Fanklub
       Download
 Filmy
 Muzyka
 Tapety
 Napisy
 Ikony, kursory i czcionki
 Avatary

  Opowiadania
Indiana Jones i Szkarłatna Włócznia
Poniedziałek, 1 sierpnia 2005

Prolog

    Leningrad, 17 marca 1937

    W tajnej siedzibie Komisarza Ludowego ds. Kultury jak zwykle o godz. piątej spotkał się on z podwładnymi mu oficerami. Po naradzie Komisarz Antoni Pawłowicz Borysew poprosił oficera Iliewicza do siebie.
    - Towarzyszu Iliewiczu, czy macie jakieś nowe informacje na temat artefaktu na Półwyspie Skandynawskim? - zapytał.
    - Niestety nie. Pragnę jednak zapewnić, że moi ludzie przeszukują te tereny i znalezienie miejsca ukrycia włóczni Odyna, Gungnira, to tylko kwestia kilku dni.
    - Pamiętaj, że operacja odnalezienia artefaktu musi zakończyć się pełnym sukcesem. Ta włócznia przyniesie mateczce Rosji chwałę i splendor. Raz na zawsze pokażemy innym, kto jest najpotężniejszy - uśmiechnął się Komisarz.
    - Tak, oczywiście - niepewnie rzucił Aleksiej Iliewicz.
    - I pamiętaj, że Ojciec Narodu nie znosi porażki... - zakończył ponuro Borysew.


Rozdział I
Ślad w Ciemności

    Laponia, 21 marca 1937

    Skandynawskie mrozy niemiłosiernie dawały się we znaki doktorowi Henry'emu Jonesowi. Archeolog wyruszył samotnie do Laponii z zamiarem odnalezienia legendarnego oręża Odyna - włóczni, która przynosiła zwycięstwo każdemu, kto był w jej posiadaniu. Zadanie to robił na zlecenie Muzeum Archeologicznego w Nowym Jorku, którego kustoszem był przyjaciel Jonesa - Marcus Brody. Niestety Uniwersytet Columbia dał mu jedynie miesiąc urlopu, więc Indy nie mógł prowadzić poszukiwań wiecznie. Jedynymi towarzyszami Indiany byli duńscy tragarze, z którymi to porozumiewał się w języku niemieckim. Teraz jednak Indiana miał już dość przebijania się przez śnieżne zaspy. Jego wyświechtana kurtka nie chroniła go przed piętnasto-, i dwudziestominusowymi temperaturami. Z każdym dniem myśl o odnalezieniu włóczni oddalała się. Jedyne o czym marzył, to noc w ciepłym łóżku i kubek prawdziwej gorącej kawy. Jones wspominał jak Marcus zapewniał go, że legendarna broń musi znajdować się w tym rejonie. Przekonywał go, że przeprowadził dokładną analizę źródeł historycznych i literackich traktujących o tym artefakcie. W końcu Indy postanowił, że przeszukiwanie śnieżnych lapońskich pustyń straciło sens i postanowił zawrócić ekspedycję. Od granicy Laponii dzielił ich jeden, może dwa dni drogi. Podróżnicy przebijali się przez puszczę, co spowolniło marsz, lecz uchroniło uczestników wyprawy przed mroźnym północnym wiatrem.
    Podczas jednego z postojów jeden z psów podbiegł do niczym nie różniącej się od innych zaspy. Jones nawet nie zwrócił na to uwagi, gdyż był zły, że jego skandynawska ekspedycja okazała się jedynie stratą czasu. Podobnie reszta ekipy nie zainteresowała się tym zajściem. Jednak pies nie dawał za wygraną i zaczął wściekle warczeć. Dopiero wtedy jeden z tragarzy podszedł do psa. To, co zobaczył, nakazało mu natychmiast zawołać kierownika ekspedycji. Zaciekawiony Indy szybko pobiegł w stronę, z której dobiegało go wołanie. Na miejscu ujrzał powód całego zamieszania - płynący strumyk. Normalnie nikogo by to nie zdziwiło, jednak widok ciekłej wody w miejscu, gdzie dodatnie temperatury są tak częste jak ulewy na Saharze, musiał co najmniej zastanawiać. Indy nakazał więc, by ekipa tragarzy rozbiła obóz w miejscu odpoczynku, a sam wyruszył na poszukiwania źródła strumyka.
    Jones powoli zagłębiał się w gęstym iglastym lesie. Na szczęście cel jego wyprawy został szybko odnaleziony. Indiana odkrył w ciemnościach niewielką jaskinię, z której wydobywał się cichy szum wody. Archeolog natychmiast postanowił wrócić do obozu po sprzęt i pochodnie. W drodze powrotnej rozmyślał o przyczynie tak niebywałego zjawiska. W jego głowie przewijały się również myśli o cudownym działaniu legendarnej włóczni Odyna. Nie miał jednak zbyt dużo czasu na rozmyślania, gdyż zauważył już dym rozpalonego obozowego ogniska. W obozie profesor wybrał najbardziej zwinnego człowieka ze swej ekipy i nakazał mu przygotować liny oraz dwie pochodnie. Kiedy Trockey wykonywał powierzone mu zadanie, Indiana udał się do swego namiotu i wziął dodatkową amunicję do Webleya, a także sporządzone przez siebie notatki dotyczące starożytnego artefaktu. Gdy jego towarzysz był już gotowy, wyruszyli natychmiast.


Rozdział II
Zagadka Odyna

    Droga ku jaskini nie trwała długo. Indy nakazał Duńczykowi rozpalenie pochodni, po czym obaj weszli w czeluści groty. Na początku promienie pochodni oświetlały ściany, jednak z każdym krokiem ściany oddalały się od siebie, co znaczyło, że jaskinia robi się coraz większa. Wzmagał się także szum wody. Indy odważnie zmierzał ku swej kolejnej przygodzie, czego nie można było powiedzieć o jego towarzyszu, który wydawał się być przestraszony ciemnościami panującymi w grocie. Nagle w oddali pojawiło się jasne światełko, które w miarę zbliżania się do niego, powiększało się. Gdy zbliżyli się do niego, zrozumieli iż światło to pochodzi z sąsiedniej komnaty. Indiana bez zastanowienia wkroczył do olbrzymiej sali i siłą rzeczy to samo zrobił Trockey.
    Widok sali był wspaniały. Zachwycił nawet tak doświadczonego archeologa, jakim był Indiana Jones. Komnata była otoczona wielką skalną półką, na której stali obaj wędrowcy. Na środku natomiast znajdowało się duże jezioro, a nad nim niewielki otwór w skale, którym do groty wpadała cienka smuga światła słonecznego. W podziemnym jeziorze musiały znajdować się jakieś niebieskie kryształy, gdyż woda mieniła się na jasnoniebiesko i dzięki nim grota była doskonale oświetlona. Amerykanin zauważył także, iż w wodzie w jasnoniebieskim dnie znajduje się ciemny otwór. Ponieważ musiała to być dalsza droga, Indy rozkazał Trockeyowi, by zaczekał tu na niego. Przed wejściem do wody Indy schował swego Webleya do plecaka, bo nie chciał aby mu zamókł. Zdjął również swoją fedorę i przyczepił ją do pasa, aby jej nie zgubić.
    Kiedy Indy zanurzył się w wodzie, odkrył iż wcale nie była bardzo zimna. Amerykanin wziął dwa głębokie wdechy i zanurkował w ciemnym otworze. Podwodny tunel nie był długi, a w wodzie panowała doskonała widoczność dzięki "światłodajnym" kryształkom. W końcu Indiana wynurzył się w niedużej alkowie. Jedna ze ścian pokryta była lodem, lecz Indy nie czuł zimna. Za taflą lodu Jones zauważył ciemną poświatę. Próbował zatem rozbić tą lodową ścianę, jednak bezskutecznie. Wiedział jednak, że gdzieś musi znajdować się jakaś dalsza droga, więc zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Zainteresowały go wcięcia w jednej ze skalnych ścian. Po dokładnych oględzinach rozpoznał pismo runiczne. Na szczęście znaki te utrzymały się w bardzo dobrym stanie, toteż odczytanie ich zajęło mu tylko kilka minut. Napis brzmiał następująco:

"Przejdzie tylko ten, kto wie, po co przyszedł"

    - Przyszedłem po włócznię Odyna - powiedział głośno Indy.
    Nic się jednak nie stało. Jones zaklął pod nosem. Próbował jeszcze kilkakrotnie rzucać jakieś nazwy, jednak nic nie skutkowało. Wtedy przypomniał sobie o notatkach, które wziął ze sobą z obozu. Z tylnej kieszeni wyjął nieduży notes, który niestety okazał się być całkiem przemoczony. Amerykanin musiał więc delikatnie się z nim obchodzić. Powoli przekartkowywał go, aż natrafił na fragment skandynawskiej mitologii. Postanowił przeczytać na głos kilka znaczących słów. Gdy w pewnym momencie powiedział "Gungnir", odczuł że ziemia drży, a lodowa ściana zaczęła pękać. Indy osłonił twarz przed niewielkimi odłamkami lodu, które pryskały od pękającej tafli. Wkrótce trzęsienie ustało, a oczom Indy'ego ukazał się spory otwór w skale, wystarczająco duży by zmieścił się w nim archeolog. Niewiele myśląc Indiana wszedł więc w otwór.
    Wewnątrz zrozumiał, skąd była ta poświata, którą widział wcześniej przez warstwę lodu. Na ścianie wisiała włócznia wykonana z nieznanych Indy'emu stopów metali. Profesor obejrzał dokładnie obiekt swych poszukiwań i nie zauważył żadnych pułapek. Ostrożnie zdjął więc oręż ze ściany i ku swojemu zdziwieniu poczuł, że jest on bardzo lekki. Jednak już w chwilę później Indiana zrozumiał, że popełnił błąd...


Rozdział III
Czerwona Niespodzianka

    Ściany otaczające Indianę zaczęły nagle pękać i przez szczeliny wlewała się woda. Jones biegiem przeskoczył przez otwór w ścianie ściskając w ręku cenny artefakt i wskoczył do wody. Odległość pod wodą pokonał w rekordowym czasie, dzięki czemu uniknął niechybnej śmierci w komnacie, w której odnalazł włócznię. Gdy wypłynął na powierzchnię poczuł ulgę, gdyż w głównej komnacie ściany były całe i nie zanosiło się na to, by i to miejsce miało zaraz zostać zalane. Oczom Amerykanina ukazał się jednak widok, którego spodziewał się najmniej...
    Zobaczył rosłego Sowieta, który właśnie związywał ręce leżącemu Trockey'owi. Indy natychmiast sięgnął do kabury, ta jednak okazała się pusta. Dopiero teraz przypomniał sobie, że przed zanurkowaniem schował ukochanego Webleya do plecaka. Rozejrzał się więc szybko i zauważył plecak leżący tuż przy Rosjaninie. Archeolog sięgnął po bat i zdzielił komunistę po karku. Odgłos uderzenia był głośny, a zaraz po nim nastąpił nieludzki krzyk oprycha. Sowiet odwrócił się i z całym impetem ruszył na profesora. Ten natomiast wymierzył celny cios biczem w kolano przeciwnika. Siła uderzenia powaliła "czerwonego". Jones wyczuł swoją szansę i podbiegł do plecaka. Szybko odnalazł rewolwer i reszta była już tylko formalnością.
    Następnie Indiana począł przeglądać plecak w poszukiwaniu noża. Po odnalezieniu ostrza podszedł do Duńczyka i z łatwością przeciął więzy krępujące mu ręce. Doktor Jones rozkazał towarzyszowi, by pomógł mu wrzucił zwłoki Rosjanina do jeziora. Obaj szybko uporali się z drabem. Następnie Jones zażądał wyjaśnień, jednak Duńczyk nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Mówił, że słyszał tylko krzyki w języku rosyjskim, a później zobaczył dwóch Sowietów, którzy nie byli do niego przyjaźnie nastawieni. Reszty nie trzeba było opowiadać.
    Jones rozkazał towarzyszowi, by ten zaczekał w jaskini, aż sam po niego nie przyjdzie. Powierzył mu również swój plecak, do którego schował Gungnira, po czym ruszył ku wyjściu. Nie odważył się jednak zapalić pochodni, gdyż wtedy zbyt łatwo wystawiłby się na cel. Powrót w ciemności nie należał zatem do najłatwiejszych. Zanim Jones opuścił nieprzyjemny tunel, zdążył dwa razy się przewrócić, jednak co najważniejsze, nie spotkał na drodze żadnego intruza. Indiana zbliżając się do wyjścia starał się zachowywać cicho, bo jego jedynym atutem był teraz element zaskoczenia.
    Na zewnątrz w oddali zobaczył niewielki oddział żołnierzy. Gdy podszedł nieco bliżej, zauważył radziecką ciężarówkę typu BTR-60, przy której stało dwóch Rosjan. Jeden z nich musiał być ważniejszy od reszty, bo cały mienił się od medalów i orderów. Drugi zaś był chyba od łączności, bo klękał przy niewielkiej radiostacji i przekręcał nerwowo radiowe gałki. Profesor ukradkiem podbiegł do pojazdu i wczołgał się pod niego. Usłyszał jak oficer przekazywał jakieś informacje przez radio. Z tego, co Indy zrozumiał, wynikało, że Rosjanie odnaleźli obóz, którym dowodził Amerykanin. Radiooperator mówił też o tym, iż odkryta została jaskinia, w której prawdopodobnie znajduje się cenny artefakt. Dla Indy'ego było więc jasne, że nie ma po co wracać do obozu rozbitego przez duńskich tragarzy. Postanowił zatem, że wróci po Trockeya i obaj uciekną ciężarówką skradzioną komunistom.
    Nagle jednak uświadomił sobie, że coś się dzieje. Otoczały go nerwowe okrzyki po rosyjsku. Gdy Jones spojrzał w stronę jaskini, zrozumiał co było przyczyną takiego zachowania żołnierzy. To Duńczyk nieświadomy zagrożenia wyszedł z jaskini. Jones wiedział, że jedyne co może zrobić, to ukryć się. Rozejrzał się, czy nie jest przez nikogo obserwowany i wskoczył do paki ciężarówki. Ukrył się za stertą bagaży żołnierzy i czekał. W płóciennym nakryciu zrobił otwór przez który mógł obserwować Trockeya. Widział jak był bity przez sowieckich żołnierzy. Nie miał nawet do niego pretensji, że wyśpiewał im wszystko, co wiedział o amerykańskim archeologu. Najgorsze było jednak to, że rosyjski oficer wziął od Trockeya plecak i wyjął z niego bezcenny artefakt, owoc poszukiwań Indiany.
    Wkrótce radiooperator wysłał kolejną wiadomość przez radio, tym razem o odnalezieniu włóczni. Oficer wydał zaś rozkaz żołnierzom, by przygotowali się do wyjazdu. Jones wiedział teraz, że nie może już uciec i musi czekać w ciężarówce na okazję do odbicia Gungnira. Starannie nakrył się plecakami, by nie być zauważonym przez Rosjan. Po chwili do ciężarówki zaczęli wchodzić żołnierze, którzy rozsiedli się po bokach na niewielkich ławeczkach. Na szczęście żaden z żołnierzy nie przeszukał bagażu, gdyż Sowieci zajęli się piciem rozgrzewającego spirytusu. Przed odjazdem Jones zdołał jeszcze usłyszeć dwa strzały i krzyk bólu. To Trockey Masfeld zakończył swój żywot.


Rozdział IV
Radziecki Obóz

    Podróż sowiecką ciężarówką była dla Indiany strasznym przeżyciem. Za każdym razem, gdy któryś z żołnierzy zmieniał swoją pozycję, serce Indy'ego podskakiwało mu do gardła. Po około 10 minutach drogi samochód stanął. Jones słyszał wokół siebie wiele głosów, lecz postanowił, że zaryzykuje i zbliży się do wykonanego wcześniej otworu. Indy rozpoznał swój obóz. Zobaczył również ciała kilku Duńczyków, których wcześniej wynajął. Po namiotach zostały jedynie zgliszcza. Indiana Jones dostrzegł również dwie ciężarówki podobne do tej, w której sam obecnie przebywał. Oznaczało to, że sowieckich żołnierzy znajdowało się tu znacznie więcej. Próba odebrania im teraz artefaktu nie miała więc już sensu. Profesor cierpliwie czekał na to, co się wydarzy.
    Po jakichś 15 minutach Indy usłyszał warkot silnika, po czym jego pojazd ruszył. Odgłos silników był bardzo głośny, co znaczyło, że wszystkie ciężarówki ruszyły w dalszą drogę. Żołnierze nie przestawali poić się alkoholem, więc już po pół godzinie rozpoczęły się huralne śpiewy. Profesor nie musiał się więc już obawiać nakrycia przez rosyjskich żołdaków. Podróż w pojeździe ciężarowym trudno było jednak nazwać wygodną. Na szczęście dla doktora Jonesa nie trwała ona długo. Po około dwóch godzinach pojazd znowu stanął. Henry Jones przez otwór w plandece rozpoznał, iż dojechali do jednego z sowieckich obozów wojskowych.
    Żołnierze powoli wychodzili z ciężarówki, aż w pojeździe został jedynie rosyjski dryblas i Indiana. Ów żołnierz wolno wybierał bagaże i wyrzucał je z pojazdu na ziemię. Indy wiedział, że musi działać, bo inaczej zostanie wkrótce zauważony. Profesor wyczekał odpowiedni moment, kiedy Rosjanin był odwrócony plecami i zarzucił mu bat na szyję. Krzyki duszonego draba nie zostały usłyszane przez żadnego z jego kompanów, gdyż w pobliżu radzieckiego BTR-60 nie było nikogo. Gdy krzyki ustały, Jones rzucił zwłoki Sowieta na podłogę i zdjął z niego żołnierski mundur i beret.
    Powoli zaczynało się ściemniać, toteż doktor postanowił, że nie będzie zmieniał spodni. Z pojazdu przywłaszczył również plecak, z którego opróżnił żołnierski ekwipunek i wypełnił własną kurtką, ukochaną fedorą oraz biczem. Przed wyjściem z pojazdu rozejrzał się jeszcze, czy nie ma w pobliżu żadnych nieprzyjaciół, po czym wyskoczył. W oddali widział zaparkowane ciężarówki i kilka baraków. Zaciekawiły go dwa z nich. Pierwszy z nich był bardzo długi i w każdym z okien jarzyło się światło. Drugi natomiast był krótszy, jednak zawierał dwa piętra, a przed wejściem wisiały czerwone flagi. Indy kucając przemieścił się w pobliże najdłuższego baraku i ostrożnie zajrzał przez okno. Zauważył tam około 60 żołnierzy siedzących przy stołach i posilających się parującym jedzeniem i popijających narodowy napój - wódkę. Jones był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Żołnierze byli zajęci, więc nikt nie będzie mu przeszkadzał w penetracji siedziby dowódcy.
    Chowając się przez oczami nieprzyjaciół Henry podbiegł do najważniejszego budynku. Zauważył, że w kilku oknach są zapalone światła. Jones nie chciał ryzykować wejścia przez drzwi główne, więc obiegł kwaterę dookoła. Jego uwagę przyciągnęło otwarte okno na pierwszym piętrze i maszt z flagą znajdujący się nieco po lewej nad oknem. Indy wygrzebał z plecaka bat i świsnął nim w stronę masztu. Niestety chybił i trafił we flagę, która pod wpływem uderzenia rozerwała się na dwoje. Doktor jednak nie poddał się i drugie podejście było już w pełni udane. Drewniane deski tworzące ścianę były ułożone w "choinkę", więc profesor bez trudu podpierał się nogami o wystające fragmenty. Wspinaczka nie trwała dłużej niż cztery minuty.
    W pokoju Indiana nie zauważył nikogo, więc podbiegł do drzwi, otworzył je i ostrożnie wyjrzał na korytarz. Tam również nie było żywej duszy. Indy uważał, że bezcenny artefakt musi znajdować się w gabinecie oficera, więc szukał najokazalszych drzwi. Wbiegł po schodach na górę, gdyż przeczucie podpowiadało mu, że gabinety dowódców zawsze znajdują się na ostatnim piętrze. Nie mylił się. Na końcu korytarza zauważył wysokie drzwi, wyłożone od strony korytarza krwistoczerwoną tapicerką. Indy ostrożnie podszedł do tych drzwi, jednak nagle otworzyły się te pierwsze po lewej. Jones chwycił szybko za klamkę najbliższych drzwi, które jednak okazały się zamknięte. Profesor zamarł. Na korytarzu pojawiła się kobieta, która spojrzała przelotnie na Indy'ego, po czym odwróciła się w stronę gabinetu oficera. Jakże Henry dziękował sobie, że założył mundur sowieckiego żołnierza. Nie czas jednak był na radość. Jones domyślił się, że owa kobieta musiała być osobistą sekretarką dowódcy. Sięgnął więc do plecaka po swego Webleya i z nim w ręku zapukał w wielkie drzwi.
    - Proszę - zabrzmiał z wewnątrz kobiecy głos.
    Jones otworzył drzwi i wycelował w kobietę. Anna - bo tak miała na imię owa sekretarka - krzyknęła głucho ze strachu i podniosła ręce, błagając o litość.
    - Gdzie jest artefakt, który został przywieziony przed dwudziestoma minutami? - groźnie zapytał Indy.
    Kobieta krzyczała, że nic nie wie o żadnym przedmiocie. Jones rozejrzał się więc po pokoju i zauważył spore drzwi na lewo. Złapał kobietę za ramię i przystawił jej do głowy pistolet. Pociągnął ją w stronę zauważonych drzwi i nakazał, by je otworzyła. Sekretarka posłusznie wykonała polecenie. W nowym pokoju było zgaszone światło, więc Indiana rozkazał kobiecie, by zapaliła światło. Indy od razu zauważył sejf stojący po lewej stronie za wysokim kwiatkiem. Indiana Jones odepchnął donicę z rośliną, po czym wycelował w kobietę wysłużonym Webleyem i zapytał o kod do sejfu. Kobieta nerwowo odpowiedziała, że go nie zna. Jones bez zastanowienia złapał za bat i strzelił nim tuż przed nogami Anny. Ta podskoczyła ze strachu, a Jones ponowił swe pytanie. Kobieta z płaczem podała liczby i powiedziała, żeby gałkę zacząć kręcić od lewej strony. Archeolog podbiegł do sejfu i po chwili słyszał miły dźwięk otwieranego zamka. Otworzył drzwi od sejfu i zauważył czarną torbę. Bez zastanowienia chwycił za nią. Trudno opisać to uczucie radości, gdy w materiale zauważył boski skarb. Jones złapał również za foliową teczkę z papierami, gdyż pomyślał, iż może się przydać. Wszystko to wrzucił do swego plecaka. Odwrócił się w stronę kobiety i krzyknął, by nigdzie się stąd nie ruszała. Sam wybiegł z pokoju, przebiegł przez następne drzwi i znalazł się na korytarzu.
    Chciał wbiec do pokoju, w którym znajdowało się znane mu już okno, jednak po korytarzu przechadzał się właśnie jeden z sowieckich żołnierzy, który zaczął mówić coś do Jonesa, jednak ten nie pozwolił mu skończyć. Indy złapał za broń i celnym strzałem w klatkę piersiową pozbył się natręta. Niestety wystrzał musiał być usłyszany, bo na piętrze rozległy się krzyki. Profesor szybko wbiegł do pokoju, w którym już raz był i wyjrzał przez okno. Celnym strzałem zaczepił bicz na maszcie i błyskawicznie spuścił się na ziemię.
    Krzyki stawały się coraz głośniejsze. Indy z tyłu budynku był niezauważony, jednak na placu przed siedzibą oficerską gęstniał tłum żołnierzy. Jones biegiem rzucił się w stronę ciężarówki, którą tu przyjechał. Doktor ubrany w żołnierskim mundurze nie zwracał niczyjej uwagi, gdyż żołnierze zdezorientowani wybiegali z jadalni na plac. Szybko wskoczył na przednie siedzenie BTR-60 i już chciał odpalić maszynę, gdy spostrzegł, że w stacyjce nie ma kluczyka. Indy zaklął wściekle. Rozejrzał się więc po okolicy i w oddali zauważył nieduże lotnisko i kilka radzieckich myśliwców. To była jego jedyna szansa. Wyskoczył z ciężarówki niczym błyskawica i biegł ile sił w nogach w stronę lądowiska. Odległość zmniejszała się szybko. Po kilku minutach Jones wbiegł na taflę lotniska, czym wzbudził uwagę jednego z mechaników doglądających maszyn. Człowiek ów natychmiast wszczął alarm krzycząc, iż na lotnisku jest intruz. Wołania te usłyszało kilku żołnierzy, którzy poczęli biec w stronę Jonesa. Indy dobiegł do pierwszej z maszyn i po drabince wdrapał się na stanowisko pierwszego pilota. Słyszał świst kul przelatujących obok niego z niewiarygodną szybkością, lecz nie zamierzał się odwracać. Na szczęście maszyna była gotowa do lotu, prawdopodobnie miała służyć do eskorty samolotu oficerskiego, który miał wylecieć jutro rano do Leningradu. Indiana nie miał licencji pilota, jednak nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Profesor odpalił myśliwiec i ruszył po płaskiej tafli pasa startowego. Jones wymanewrował samolot tak, że dziobem był odwrócony w stronę nieprzyjaciół. Indy nacisnął na spust karabinu maszynowego i kilku drabów padło martwych. Jeden z napastników nadbiegł jednak z boku samolotu i niemiłosiernie ostrzelał bok kadłuba samolotu. Cienkim strumieniem z maszyny zaczęło wyciekać paliwo. Dzielny archeolog nie był jednak zdolny do zobaczenia tych szkód. Samolot, którym kierował Indy, nabierał prędkości. Jakieś 7 metrów przed końcem pasa startowego Indiana Jones przyciągnął kierownicę do siebie i maszyna wzbiła się w niebo.


Rozdział V
Awaryjne Lądowanie

    Morze Norweskie, 21 marca 1937

    Po godzinie lotu Indy znalazł się nad Morzem Barentsa. Zamierzał lecieć na zachód, a później wzlecieć nad Morze Norweskie i udać się w kierunku Islandii. Postanowił, że tam uda się do Ambasady Amerykańskiej w Reykjaviku, gdzie bez problemu załatwi sobie jakiś transport do domu.
    Pierwsza część podróży minęła bez większych przeszkód. Dopiero jakieś 50 kilometrów od brzegu Półwyspu Skandynawskiego Jones zobaczył, że jedna z czerwonych diod w kokpicie niepokojąco miga. Dopiero wtedy uzmysłowił sobie, że zbiornik paliwa jest prawie pusty. Natychmiast zdał sobie sprawę, że nie doleci do Islandii. Co więcej, nie uda mu się nawet dolecieć do żadnego lądu. Wiedział, że czeka go niemiłe lądowanie w zimnych morskich wodach. Wkrótce po tym prawy silnik przestał pracować i samolot wpadł w niekontrolowaną śrubę. Indy nie mógł już nic zrobić. Ścisnął mocno w ręku plecak, w którym tkwiła cudowna włócznia i czekał na najgorsze.
    W końcu poczuł bardzo silny wstrząs, szyba w samolocie pękła, a przez szczelinę w niej do środka zaczęła sączyć się lodowata woda. Szczelina z każdą chwilą powiększała się, aż po chwili zrobił się w niej spory otwór. Wszędzie pojawiła się woda. Pasy bezpieczeństwa trzymały Jonesa w fotelu. Indy przez chwilę szarpał się z nimi, a później rozejrzał się po kabinie w poszukiwaniu plecaka. W końcu znalazł go pod siedzeniem. Złapał go za pasek i przebił się przez otwór w oknie. Już po chwili Indy nerwowo płynął do góry, aby zaczerpnąć życiodajnego powietrza. Nagle poczuł, że ciężar w ręce się zmniejszył. Spojrzał w dół i zobaczył, jak jego plecak spada w ciemną otchłań. Nie miał już jednak możliwości, by po niego popłynąć. Ból w płucach potęgował się z każdą sekundą.
    Wreszcie Jones wypłynął na powierzchnię. Łapczywie łapał powietrze bolącymi płucami. Gdy jego oddech ustabilizował się, Indiana spróbował zanurkować raz jeszcze. W ciemnej wodzie trudno było jednak coś zobaczyć. Popłynął niżej i zobaczył ciemny kształt nieopodal siebie. To rozbity myśliwiec powoli tonął w głębokiej wodzie. Indy podpłynął do kadłuba i wpłynął do środka kabiny. W jednej z szafek znalazł sprzęt awaryjny. Złapał za niego i z powrotem popłynąć ku górze.
    W końcu zaczerpnął świeżego powietrza i zaczął rozpakowywać znaleziony sprzęt. Znalazł w nim ponton i kilka flar. Indiana nie zamierzał już nurkować, gdyż wiedział, że szanse na odnalezienie włóczni są zerowe. Otworzył więc zawór, dzięki czemu ponton automatycznie się napompował, po czym wskoczył na niego i wypuścił pierwszą flarę, która zabłysła na ciemnym niebie. Indy zaczął się trząść, gdyż temperatura była niska, a jego ubranie całe przemoczone. Leżąc w bezruchu na pontonie temperatura jego ciała stale spadała. Jones postanowił więc, że wypuści drugą flarę. Zaraz po niej wypuścił trzecią i czwartą. Z ostatnią z nich w ręku Indiana stracił nadzieję na ocalenie. Już chciał wypuścić tą ostatnią, gdy w oddali usłyszał głośny dźwięk syreny. Z każdą minutą stawał się on głośniejszy, a wielkie światła ze statku powiększały się. Gdy głos stał się na tyle donośny, iż Indy wiedział, że statek jest już niedaleko, wypuścił ostatnią flarę, by sprecyzować swoją pozycję. Po chwili zauważył, że statek zatrzymał się. Indy domyślił się, że na wodę są właśnie spuszczane szalupy. Nie mylił się. Po około 5 minutach zbliżyła się do niego szalupa, z której błyskały jasne światła latarek. Jones zaczął więc krzyczeć w kilku językach o pomoc. Z szalupy doszły zaś go okrzyki w języku angielskim. Indiana Jones poczuł ulgę. Chwilę po tym łódź ratunkowa zbliżyła się do pontonu. Wciągnięto profesora na szalupę i od razu przykryli go ciepłym kocem.
    Podczas powrotu na statek Indy dowiedział się, że są to marynarze brytyjscy ze stacjonującego statku w porcie Jan Mayen - na jednej z wysp norweskich. Nagle w ciemności Jones zauważył jasny punkt. Powiedział do marynarzy, by podpłynęli w tamto miejsce. Okazało się, że były to dokumenty z zatopionego plecaka, które skradł z sejfu. Zachowały się w doskonałym stanie dzięki temu, iż były zafoliowane. Jednak to znalezisko nie poprawiło humoru archeologowi.
    - Możecie to zatrzymać, mnie się nie przyda - rzekł profesor Jones z sarkazmem.
    Zdziwiony bosman odparł, iż przekaże te papiery kapitanowi. Po kilku minutach szalupa dopłynęła do statku.
    Pół godziny później Indiana Jones siedział w jadalni w suchych ciuchach i popijał mocną kawę. W pewnym momencie do stolika podszedł siwy człowiek w białym mundurze.
    - Przepraszam, że przeszkodzę profesorze - powiedział.
    - Nic nie szkodzi - rzucił Jones. - Proszę usiąść.
    - Nazywam się Francis McMillan i jestem kapitanem tego statku. Z informacji bosmana Jenkinsa wynika, że jest pan amerykańskim archeologiem...
    - To prawda - przytaknął Indy.
    - Chciałem podziękować za dokumenty, które wręczył pan moim ludziom. Są to dla nas cenne informacje na temat sił radzieckich.
    - Mnie się to nie zda na nic, kapitanie. Proszę traktować to jako nagrodę za uratowanie mnie z opresji. Panu i pańskim marynarzom należą się podziękowania ode mnie.
    - Ależ nie ma za co - odpowiedział McMillan. - Za jakieś 3 godziny będziemy już w porcie, a stamtąd zostanie pan odwieziony do stolicy. Teraz zaś życzę miłej podróży.
    - Dziękuję.


Rozdział VI
Powrót do Pracy

    Nowy Jork, 23 marca 1937

    W Nowym Jorku było pochmurno, tak jak pochmurnie czuł się Indiana Jones.
    - Nie bądź wobec siebie taki surowy - rzekł Marcus Brody do swego starego przyjaciela.
    - Byłem tak blisko tego skarbu - z żalem powiedział Indy.
    - Przecież to nie twoja wina. Cenne jest to, że udowodniłeś istnienie legendarnej włóczni Odyna.
    - Nic nie udowodniłem. Przecież wiesz, że żaden z tych zakichanych profesorków nie uwierzy mi bez dowodów, a oprócz swojego słowa nie mam nic.
    - No tak... - mruknął Marcus.
    - No dobra, tutaj skręcam - rzucił Jones. - Zobaczymy się później.
    - Do zobaczenia, Indy - odpowiedział Brody.
    Indiana Jones jak co dzień poszedł w stronę Uniwersytetu Columbia, gdzie wykładał na Wydziale Archeologii. Miał nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie miał okazję trzymać w rękach pradawny Gungnir.


Epilog

    Morze Norweskie, 13 lutego 1947

    Statek rybacki "Bologne" jak co dzień wypływał na wody Morza Norweskiego w celu połowu ryb.
    - Wybierajcie szybko te ryby, to może zarzucimy dzisiaj sieci jeszcze ze dwa razy! - krzyczał kapitan statku Paul Martens.
    Po chwili oczom załogi ukazała się sieć pełna złowionych ryb.
    - Panie kapitanie - rzucił w pewnym momencie jeden z rybaków. - Jakiś śmieć nam się złowił.
    - Pokaż mi to szybko - nakazał kapitan, po czym uważnie obejrzał wyłowiony przedmiot. - To tylko jakiś kawałek żelastwa. Może na targu kupi to jakiś turysta - rzekł ze śmiechem Martens.

KONIEC


    Autor: Piotr Sławicki
© Publikacja za wiedzą i zgodą autora.
       Sonda
Jak oceniasz
tę stronę?


Bardzo dobra
Dobra
Może być
Kiepska
Beznadziejna
       Zagłosuj !


       Reklama



Allegro - największe aukcje internetowe, najniższe ceny! Kup i sprzedaj!

       Nagrody


© Copyright 2001-2010 by Szuja. All rights reserved.