Indiana Jones Site
       Indy Site
 Newsy
 Forum
 Indiana Jones Wiki
 Bannery i buttony
 Linki
 Chcesz pomóc?
 Konkursy
 O stronie
 O autorze
 Mapa strony
 Kontakt
       Filmy
 Poszukiwacze
    Zaginionej Arki

 Świątynia Zagłady
 Ostatnia Krucjata
 Królestwo Kryształowej
    Czaszki

 Przygody młodego
    Indiany Jonesa

 Indy na DVD
       Gry
 Last Crusade
 Fate of Atlantis
 Infernal Machine
 Emperor's Tomb
       Książki
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Komiksy
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Publikacje
 Artykuły
 Wywiady
 Poradniki
       Fandom
 Opowiadania

 Skarb Chaldejczyków
 Zaginiony Skarb Templ...
 Miecz Mahometa
 Ostatnie Kamienie San...
 Sztylet Króla Pernokliusa  Szkarłatna Włócznia
 Święte Skrypty Biblii
 Taniec Śmierci
 Pierwsza Wyprawa
 Galeria
 Filmy
 Kolekcje
 Fanklub
       Download
 Filmy
 Muzyka
 Tapety
 Napisy
 Ikony, kursory i czcionki
 Avatary

  Opowiadania
Indiana Jones i Zaginiony Skarb Templariuszy
Środa, 6 lutego 2008

Rozdział I

    Za oknem zaczęła się ulewa. Indy, w domowym zaciszu, powoli przewracał kartki egzaminów swoich studentów z wydziału archeologii. "Jak można popełniać takie błędy! Przecież ich tego uczyłem" - denerwował się w duchu.
    - Nie wiem jak się z tym uporam!- mówił do siebie - może ty mi pomożesz, co? - Indy spojrzał na psa leżącego u jego stóp. Był to wielki owczarek niemiecki, którego znalazł podczas ostatniej wyprawy. Niby przybłęda, ale szybko zaprzyjaźnił się ze swoim wybawcą.
    Za drzwiami do jego mieszkania uwijała się jak w ukropie nowo wprowadzająca się rodzina. Hałas był niemiłosierny, jednak po chwili ustał.
    Indiana usłyszał coś za oknem - jakby stukanie. Po chwili ucichło, więc mógł dalej zagłębiać się w sprawdziany. Tym razem coś zaszeleściło. Pies uniósł swój potężny łeb - widocznie jego też coś zaniepokoiło.
    - No nie! Nie pozwolę, żeby głupi wiatr raczył mi przeszkadzać! Mam jeszcze tyle roboty, a to wszystko na jutro! - spojrzał na stos egzaminów. Swoim zwyczajem otworzył okno nie patrząc w nie.
    - Indy, do diabła! Co tak długo?!- Indy usłyszał głos i omal nie spadł ze swojego bujanego fotela.
    - Boże, co ty tu robisz?! - spojrzał na kompletnie przemoczonego przyjaciela - Marcusa Brody'ego.
    Marcus pracował jako kustosz w American Museum of National History. Był najlepszym przyjacielem Henry'ego juniora oraz "zleceniodawcą" wszystkich wypraw archeologicznych jakie odbył.
    - A jak myślisz? - zapytał ironicznie. - Wpadłem na popołudniową herbatkę!
    - Ale dlaczego wchodzisz oknem?
    - Indy, nie denerwuj mnie! Otwórz łaskawie drzwi i spójrz co widzisz.
    Indy otworzył je.
    - No tak - sąsiedzi i ich przeprowadzka. Nie mieli gdzie postawić tej szafy! Już otwieram ci to okno. Poczekaj! - powiedział.
    - Wreszcie w ciepłym mieszkanku. Wiesz jaka chłodna jest tegoroczna wiosna.-rzekł Marcus, patrząc w okno, przez które przed chwilą wszedł.
    - No mów co cię sprowadza.
    "Mam nadzieję, że nie kolejna wyprawa- modlił się w duch Indy. Może bym odpoczął po ostatniej. Nie zdążyłem się rozpakować.".
    - Indy - świat cię potrzebuje! Naziści znowu dali o sobie znać. Wszyscy mówią o zbliżającej się nieuchronnie wojnie. No a Niemcy szukają środków, aby ją sfinansować.
    - To rzeczywiście brzmi strasznie, ale jak się domyślam szukają czegoś supercennego, później to sprzedadzą na czarnym rynku albo jakiemuś prywatnemu kolekcjonerowi i konflikt gotowy. - rozprawiał archeolog .
    - Zgadnij czego tym razem szukają.
    - Nie mam zielonego pojęcia.
    - Dobrze, podpowiem ci. Ma to związek z naszą religią.
    - Ok. Graal odpada, obydwie Arki też, więc co to takiego? Chyba nie mówisz o...
    - Tak - potwierdził kustosz.
    - O Boże! Skarb Templariuszy oraz Masonów jest niewyobrażalnie cenny! Nikt wcześniej nie widział tylu złotych przedmiotów naraz. Gdyby ktoś inny go odnalazł-rozumiem, ale nie oni! - krzyknął Indiana.
    Natychmiast przypomniał sobie o skarbie - setki tysiące złotych przedmiotów przerzucanych z ręki do ręki przez całe stulecia. Relikwie świętych, srebro, monety, manuskrypty, a nawet oryginalne zwoje Pisma Świętego.
    - No, a ty prowadziłeś o nim serię wykładów, więc nikt inny z naszego Muzeum nie wchodzi w rachubę! Oczywiście chętnie pomógłbym ci ale... - mówił Marcus
    - Dobra, dobra! Zawsze tak mówisz, a zawsze sam jeżdżę na wyprawy. Znam cię na wylot.- rzekł Indy.
    - Jak zawsze poznasz czarującą kobietę, odnajdziesz skarb, a Naziści obejdą się smakiem. Tylko ty potrafisz to załatwić! Indy, wierzę w Ciebie! - odparł z zadowoleniem Marcus.
    - Ja chyba wiem coś, czego ty nie wiesz. Templariusze byli w posiadaniu radioaktywnej maszyny do produkcji manny, kawałków i gwoździ z Krzyża Św., a nawet mówi się o głowie Jana Chrzciciela. Jeżeli Niemcy to zdobędą to nasi nawet nie będą chcieli z nimi walczyć - bo jak można wojować przeciwko posiadaczom takich relikwii! - powiedział Indy.
    - Więc chyba byłoby dobrze gdybyś zaraz wyruszył, co? - zapytał Brody.
    - Ok., ale kto zajmie się tym. Nie mogę wyjechać w środku semestru.- archeolog spojrzał na stos egzaminów.
    - Już o to się nie martw. Przyszłość świata w twoich rękach, a ty przejmujesz się sprawdzianami. Ja się o to zatroszczę. W prezencie od ciebie wystawię im dobre oceny - ucieszą się chyba?
    - Nie pozwalaj sobie - uśmiechnął się Indy. Kiedy miałbym wyruszyć i oczywiście gdzie?
    - Bilet na statek zarezerwowałem ci na jutro rano. Dobrze by było gdybyś zaczął od "źródła".
    - Mam rozumieć, że płynę do Ziemi Świętej.
    - Tak. Naziści rozpoczęli w ubiegłym tygodniu tam swoje tajne poszukiwania. Nie ma na co czekać - pakuj się!-rzekł Marcus.
    - Poczekaj, będę gotowy za kilka chwil! - powiedział wchodząc do sąsiedniego pokoju.
    Po kilku minutach wyszedł ubrany w swoją ulubioną skórzaną kurtkę, beżową koszulę i brązowe spodnie. Całości dopełniała fedora, bicz, rewolwer schowany w kaburę i torba przewieszona przez ramię.
    - Co tak szybko? - zapytał zdziwiony Marcus.
    - Nie zdążyłem się rozpakować po powrocie z ostatniej podróży do Meksyku. - uśmiechnął się Indy.
    - Komu w drogę, temu czas, więc chodźmy. Po drodze wstąpimy do muzeum.
    - Dobrze. Marcusie, miałbym do ciebie prośbę...
    - Wiem, wiem - przerwał mu kustosz. Zaopiekuję się psem. Już mnie polubił - powiedział głaszcząc śpiącego spokojnie owczarka.


Rozdział II

    Marcus i Indy rozpalali właśnie kominek w swoim gabinecie w muzeum, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.
    - Proszę! - powiedział kustosz.
    Drzwi otworzył młody, wysoki, ale mizernie zbudowany ciemnowłosy mężczyzna ubrany w jasny garnitur. W ręku trzymał ociekający wodą parasol.
    - Witaj Peter! - rzekł Marcus.
    - Dzień dobry! - odparł Peter.
    - Pozwólcie, że przedstawię panów sobie.
    - Dr Henry Jones, ale niech pan mi mówi Indy. Po akcencie sądzę, że jest pan Anglikiem. - rzekł archeolog.
    - Peter Livingstone. Tak, pochodzę z Manchesteru.
    Uścisnęli sobie ręce, po czym Marcus zwrócił się do Indy'ego:
    - Indy, Peter to znawca chrześcijańskich relikwii itp., więc pojedzie z tobą do Jerozolimy.
    - Miło mi pana wreszcie poznać. Marcus wiele mi o panu opowiadał. - rzekł Peter.
    - Dziękuję. Dobrze by było byśmy mówili sobie po imieniu, skoro mamy pracować razem. - zaproponował Indy.
    - Nie ma sprawy.
    Powtórzyli swoje imiona jeszcze raz. Marcus wyszedł na chwilę z pokoju, ale zaraz wrócił ze zdjęciami i dokumentami. Rozłożył je na dębowym stole i zabrał głos:
    - Jak się pewnie domyślacie sa to informacje na temat Niemców. Dowiedziałem się, że ich sekretnej wyprawie przewodzi niejaki dr Kreuter. Wybrał go sam fuhrer. Jest w sile wieku i ma na koncie kilka znalezionych artefaktów. Cennych artefaktów.
    - Cholera! Już miałem z nim przyjemność - przypomniał sobie Indy. Jest strasznie zawzięty i nie lubi, kiedy mu się przeszkadza. Spotkałem go kiedyś w dosyć nieprzyjemnej sytuacji. Szukał starogermańskich skarbów, a ja starałem mu przeszkodzić. Widzisz tą bliznę? - obnażył ramię i pokazał je Peterowi.
    - Okropna pamiątka. Chyba nóż? - spytał Peter.
    - Gorzej. Dwuręczny miecz...
    - Panowie, koniec tych wspomnień. Niedługo wyruszacie, więc może powinniście wypocząć? - przerwał im Marcus.
    - Świetny pomysł. Jutro z samego rana spotkamy się w porcie.
    - Więc, do zobaczenia. - Peter uścisnał każdemu z nich rękę i skierował się do drzwi.
    - Do jutra - odparł Indy.
    Indy posiedział jeszcze trochę z Marcusem, omówił sprawy wyjazdu i również poszedł do siebie.
    - Nie mówiłeś, że ktoś ze mną płynie. -rzekł Indiana.
    - Powiedziałem, że nie osobiście nie mogę, więc on nadawał się idealnie. Będziecie stanowić zgrany zespół.
    - Też tak myślę - powiedział z nutką nadziei w głosie Indy.


Rozdział III

    Podróż do Gibraltaru odbyła się bez wiekszych zakłóceń, nie licząc sprzeczki archeologów o to, który w jakiej kajucie ma mieszkać. Płynęli wielkim statkiem liniowym. Muzeum, nie mogąc pozwolić sobie na pierwszą klasę dla archeologów, sfinansowało dzięki Marcusowi, który przekonał dyrektora ledwie trzecią klasę. Indy przez te kilka zdążył się zaprzyjaźnić z Peterem. Może nie tak, jak z Marcusem, ale powoli zaczynali się rozumieć. Wiedzieli, że na ich barkach spoczywa trudne zadanie, więc nawet nie próbowali sobie zakłócać czasu podróży.
    Wkrótce przesiedli się na statek płynący już do Tel-Awiwu. Pod wieczór poszli do okrętowego baru w wiadomym celu. Przysiadło się do nich dwóch Austriaków, mówiących po angielsku, w nienagannym ubiorze. Obaj wyglądali jak dwie krople wody - blond włosy, ten sam układ pieprzyków, wysocy. Po kilku minutach rozmowy przy piwie, Peter wygadał się, że poszukują skarbu templariuszy.
    - No panowie, jeżeli go znajdziemy to będziemy mogli pływać sobie tym statkiem nawet do emerytury. Może nawet go kupię! - powiedział podchmielony Peter.
    "Będą z nim kłopoty, jeżeli nie przestanie tak kłapać swoim dziobem na wszystkie strony" - mówił sobie w duchu Indy.
    - Dobrze się składa, bo my także szukamy podobnych rzeczy. - krzyknął pijany już jeden z bliźniaków.
    - Boże, konkurencja. Jakby Niemcy to było za mało - rzekł Indy do Petera.
    - Co tam tak szepczesz? -. Jak coś się nie podoba, to może chcesz dostać - wrzasnął wstając drugi Austriak.
    Obaj ułożyli ręce do walki czekając na atak Indy'ego i Petera. Indy próbował załagodzić sytuację, ale nie udało mu się to. Kiedy jeden z bliźniaków uderzył Petera, Indy ruszył do walki. Dwa prawe sierpowe, jeden lewy i Austriacy leżeli pod stołem i piszczeli z bólu trzymając się za cieknące krwią policzki i rozbite nosy. Indiana otarł ręce z ich krwi i zwrócił się do kolegi:
    - Peter, może wystarczy na dziś tych rozrywek. Hej, wstawaj! No nie, zasnął!
    Indy popatrzył na trzy kufle po piwie.
    - Masz słabą głowę - powiedział do śpiącego w najlepsze archeologa.
    Wziął go na ręce, przerzucił sobie przez ramię i zaniósł do kajuty. Później wrócił do baru i zwrócił się do barmana:
    - A co z tymi tutaj? - spojrzał na leżących pod jednym ze stołów Austriaków.
    - Gdyby to ode mnie zależało, to bym z chęcią wyrzucił ich za burtę. Ale nie ja tu jestem kapitanem. Od początku rejsu są z nimi problemy - piją na umór, awanturują się, a potem obrywają od takich jak pan. - mówiąc spojrzał na Indy'ego. - Lepiej będzie jak tu jeszcze poleżą, a pan pójdzie już spać.
    - To chyba nie najgorszy pomysł. Ale jakby coś chcieli od pana, to ja śpię pod 27. Jeszcze raz się z nimi zabawię - uśmiechnął się Jones.
    Odwrócił się na pięcie i udał się do swojej kajuty.


Rozdział IV

    Dalsza podróż do Tel-Awiwu minęła spokojnie - bez żadnych zajść w barze. Austriacy grzecznie przeprosili Indy'ego i już nie było z nimi żadnych problemów.
    Po zawinięciu do izraelskiego portu przesiedli się do podstawionego jeepa. Kierowcą był stary przyjaciel Marcusa, więc archeolodzy nie musieli obawiać się, że jakiś Arab wywiezie ich na wielbłądach Bóg wie gdzie.
    Po półgodzinnej przejażdżce przyjechali do Jerozolimy - Miasta Trzech Religii. Mark, znajomy kustosza, odjechał zaraz po przywiezieniu Indy'ego i Petera. Drogę do centrum musieli pokonać sami.
    - Byłem tu już kilka razy - powiedział Peter.
    - Jak myślisz, chyba powinniśmy pójść i rozejrzeć się pod Świątynią?
    - Dobrze. Ale mam pomysł - może byś przebrał się w jakieś inne ubranie, albo coś w tym stylu? - Indy spojrzał na ubranego w wymięty beżowy garnitur Petera.
    - Ok. Chodźmy na jakiś rynek.
    Zanim archeolog wybrał swój nowy strój minęło trochę czasu. Z namiotu za stoiskiem wyszedł ubrany w koszulę khaki , stary kapelusz podróżniczy i jasne spodnie.
    - Teraz wyglądasz przyzwoicie - zaśmiał się Indy.
    Archeolodzy skierowali się w stronę Świątyni. Po drodze mijali setki handlarzy rupieciami, pożywieniem, ubraniami i wieloma innymi drobiazgami. Słyszeli dziesiątki przekrzykujących się głosów. Szli obok licznych kupców z wielbłądami, mułami. Po kilkunastu minutach przeciskania się między zwierzętami a ludźmi doszli do ruin Świątyni oraz Meczetu Omara i AL-Aksa. Upewnili się czy nikt ich nie widzi i weszli na teren świątynny. Z opowieści Marcusa Brody'ego wynikało, że Niemcy szukają skarbu tam, gdzie kiedyś znajdowały się stajnie, a obecnie wznosił się Meczet na Skale. Próbowali wejść do środka, ale przed ogromnymi drzwiami modliła się niezliczona grupa muzułmanów. Po cichu przecisnęli się do wejścia, ale na jednym ze skrzydeł wisiała tablica z napisem po arabsku. "Trwa restaurowanie Świątyni" - przeczytał Peter. Indy nacisnął klamkę, ale drzwi pozostawały zamknięte. "Coś jest nie tak" - pomyślał Peter. Poczekali kilka minut, aż skończy się 'salat', po czym Peter podszedł do starca, który właśnie podnosił się z klęczek.
    - Przepraszam, ale co się dzieje z Meczetem? - zapytał Peter w rodzimym języku starca.
    - Co to pana obchodzi? Dobrzy ludzie odnawiają nam - biednym muzułmanom - świątynię. - odparł starszy człowiek.
    Peter odwrócił głowę do zdziwionego przebiegiem rozmowy Indy'ego.
    - Teraz ja spróbuję -rzekł do Petera.
    - A mógłby nam pan łaskaw powiedzieć kto jest tymi dobrymi ludźmi?
    Niestety muzułmanin nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Mówił tylko, że jeden nosi czarną brodę i jest wysoki, a inni są ubrani na szaro i niektórzy trzymają pistolety. I powiedział, że broń służy im tylko przeciw takim jak Indy i Peter.
    - No, czyli opis się zgadza - Kreuter i banda chroniących go Niemców. - rzekł Indy.
    - Tak. Indy, odejdźmy stąd. I tak nic tu teraz nie wskóramy.
    - To chyba najlepsze wyjście. Przyjdziemy wieczorem. I wśliźniemy się tam po mojemu - Indy wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    - Chyba nie będziesz wysadzał wejścia dynamitem! - przeraził się Peter.
    - O to możesz być spokojny. Nie wziąłem go.
    Odeszli spokojnie w stronę centrum miasta.
    - Wiesz, nawet mnie to nie dziwi, że posunęli się do podstępu.
    - Tak, to w ich stylu. A ten dziadek wierzy, że jak Niemcy wyjadą, to w ich świątyni coś się zmieni. - ciągnął Indy.
    - Musimy im jakoś przeszkodzić, bo nic dobrego z tego nie wyniknie, jak odnajdą kosztowności. - mówił Peter.
    - Przyjdziemy pod osłoną nocy i zobaczymy jak idą im wykopaliska.
    - Tak sobie myślę, ale chyba się ze mną zgodzisz - Dlaczego władze się tym nie zainteresowały, no wiesz tym całym "restaurowaniem" Meczetu.
    - Może mieli wtyki w urzędach? - zastanawiał się Peter.
    W niedługim czasie doszli do najbliższego hotelu i ulokowali się w jednym pokoju. Z okien mieli dobry widok na wzgórze świątynne. Rozpakowali bagaże i rozpoczęli rozmowę o skarbie, jego właścicielach i o tym co mogło się z nim stać. Przez lata przerzucania go sobie z rąk do rąk, wydzierania go sobie mieczem i prochem, nagle rozpłynął się w powietrzu. Ot, tak! Do niedawna nikt o nim nie pamiętał. Niemcy przypomnieli sobie o nim tak nagle, że gdyby nie szpieg Muzeum, który przesłał materiały Marcusowi, do dziś nic by o nim nie wiedziano. Nie byłoby całego zamieszania z nową wyprawą. Ale to właśnie ekspedycje w różne krańce świata pasjonowały Indy'ego. Na Princetonie był cenionym wykładowcą, co także lubił robić - dzielić się z innymi swoimi przygodami, swoją wiedzą podróżniczą. Peter podzielał jego pasję - praca na uczelni. On nie jeździł na wyprawy - wzywano go tylko w "ciężkich przypadkach", kiedy potrzebny był znawca chrześcijaństwa i teolog.
    Zmierzch zapadł wcześnie, nawet nie zorientowali się kiedy. Siedząc przy zdezelowanym stole w obskurnym hotelu, zajęci rozmową nie zwracali uwagi na pogodę. Po kilkunastu minutach byli gotowi do wyjścia do świątyni. Indy zabrał jeszcze torbę i rewolwer - Wembley'a Mk IV, którą uważał za najlepszą broń pod słońcem. Peter wziął colta i nóż. Zamknęli okno i skierowali się do wyjścia.

* * *

    Dojście do świątyni zabrało im mniej czasu niż przewidywali. Nie musieli już się przeciskać przez tłumy handlarzy na rynku prowadzącym do niej. Gdy doszli już do zamkniętych drzwi, Indy skierował się do innych drzwi, które wcześniej były zasłonięte przez modlących się muzułmanów. Były do połowy przesłonięte jakimiś skrzyniami. Peter starał się je otworzyć, ale wieka ani drgnęły. We dwóch udało im się je chociaż odsunąć od wejścia do meczetu. Te też były zamknięte. Indy, nie chcąc budzić połowy mieszkańców Jerozolimy, zaniechał odstrzelenia zamka swoim rewolwerem. Postanowili dostać się do środka inną drogą. Nad nimi malował się jakiś podłużny kształt, jakby jakaś belka. Indy wszedł na skrzynię i zarzucił na nią bicz, który z łatwością owinął się wokół drewnianego przedmiotu. Pociągnął za pejcz, aby sprawdzić czy nie belka nie połamie się pod jego ciężarem. Z kocią zwinnością wspiął się po biczu na, jak myślał dach Meczetu Na Skale. Za chwilę obok niego pojawił się Peter. Niestety Indy pomylił się co do oceny wysokości świątyni. Byli na daszku, który miał pełnić rolę prowizorycznego rusztowania "niemieckich konserwatorów zabytków". Peter wskazał coś palcem. Indy przez chwilę wpatrywał się w okienko, które chyba prowadziło do wnętrza. Podeszli do niego, przeżegnali się i weszli przez nie do środka.

* * *

    To, co zobaczyli przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Myśleli, że zobaczą bandę Niemców uwijających się pod rozkazami Kreutera. Indy nie wierzył własnym oczom. Świątynia była pusta. Obeszli wnętrze kilka razy i nie zobaczyli żadnego śladu Niemców, żadnej wskazówki. Peter myślał, że szpieg się pomylił, że to nie mogło dziać się w tym miejscu. Indy skinął na Petera:
    - Nie wiem jak ty, ale coś mi tu śmierdzi. Szpieg przesłał wyraźne zdjęcia.
    - Tak, nie mogliśmy się pomylić.
    Indiana Jones podszedł przed kazalnicę. Tu też niczego nie było.
    Nagle coś mu przeleciało przez myśli.
    - Peter! Jak mogliśmy być tak nieuważni!
    - Mów co znalazłeś!
    - Spróbuj zgadnąć! Podpowiem ci. Powiedz mi przyjacielu - gdzie się najczęściej kopie?
    - Indy, jesteś wielki! Musimy szukać jakiegoś wejścia, które prowadziłoby pod ziemię.
    - Już je znalazłem - Indy uśmiechnął się szeroko.
    Podeszli jeszcze raz do kazalnicy. Pod nią rozciągało się wejście, przez które bez trudu można było zejść do podziemi. Przecisnęli się bez trudu. Weszli tam, gdzie kiedyś templariusze szukali św. Graala, którego ukryli później w specjalnej świątyni. Weszli tam, gdzie przez blisko tysiąc lat nikt nie zaglądał. Zagłębili się w czeluście Świątyni Jerozolimskiej.

* * *

    Po rusztowaniu zeszli na ziemię, po której harcowały myszy. Indy podszedł do skrzyni, która stała tuż przed nimi. Zza niej rozciągał się doskonały widok na podziemny kompleks. Licznych korytarzy w jaskini strzegło kilkunastu żołnierzy uzbrojonych w pistolety maszynowe. Byli ubrani w szare, nazistowskie mundury. Wielu innych nadzorowało wykopaliska. Nagle w głębi jednego z korytarzy dało się słyszeć krzyk. Jakiś Niemiec warknął coś w tamtą stronę.
    - Słyszałeś? - szepnął Indy.
    - Taa, chyba kobiecy. - odrzekł Peter.
    - Ale co mogłaby tu robić kobieta pośród oddziału Niemców, kopiących pod Meczetem Na Skale? - zapytał ironicznie Indy.
    - Nie wiem. Ale można by było to sprawdzić.
    Właśnie zmieniała się warta, przy tym odcinku jaskini, z którego wydobył się owy krzyk. Reszta żołnierzy była wzywana do jakiegoś pomieszczenia w skale.
    "Chyba narada" - pomyślał Jones.
    Skinął na Petera i powoli skradając się doszli do korytarza. Indy podkradł się od tyłu do Nazisty strzegącego groty i jednym zdecydowanym ruchem skręcił mu kark. Następnie po cichu odciągnął ciało na bok, pod stojącą obok skrzynię. Nieopodal były stalowe drzwi z kratami - jakby klatka, czy więzienie.
    Archeolodzy podeszli do nich i zajrzeli przez okratowane okienko do podawania racji żywnościowych.
    - No co tak stoicie? - usłyszeli głos kobiety więzionej w lochu.
    Nieznajoma stała naprzeciwko Indy'ego i wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi, błyszczącymi oczyma. Blond włosy opadały jej na ramiona. Indy poczuł jak drętwieje na jej widok. "Jest nieziemsko piękna" - pomyślał.
    Jej pełne usta rozwarły się i powiedziała:
    - Jeżeli mnie stąd wypuścicie, obiecuję, że zrobię wszystko! - miotała się po celi
    Indy się uśmiechnął. Skinął na Petera, aby podszedł do ciała leżącego obok Niemca i wziął od niego klucze do kłódki. Po chwili przyszedł z całym pękiem.
    - "Świetnie" - pomyślał Jones.
    Kilka długich minut i było po wszystkim. Podczas, gdy Indiana mocował się z zamkiem, Peter obserwował, czy nikt nie nadchodzi.
    Wreszcie drzwi stanęły otworem.
    - Dziękuję - odezwała się nieznajoma.
    - Może przedstawiła byś się nam młoda damo - zaproponował Indy. - Ja jestem Henry Jones, ale mów mi Indy. Tamten to Peter - pokazał na młodego mężczyznę. Próbujemy przeszkodzić Niemcom w poszukiwaniach.
    - Jeszcze dłużej bym tu posiedziała, to byłoby po mnie. Oni myślą, że ja coś wiem.
    - Chyba nie dosłyszałem twojego imienia.- uśmiechnął się Indy.
    - A... No tak nie przedstawiłam się - Jestem Marion Sinclair. - odparła dziewczyna.
    Indy spochmurniał.
    - Poczekaj, niech zgadnę dlaczego tu jesteś. Sądząc po nazwisku twój przodek był templariuszem z klanu St. Clairów, mieszkał w Szkocji pod Edynburgiem, a Niemcy porwali cię i uwięzili tu, bo podejrzewają, ze coś wiesz na temat skarbu.
    - Lepiej bym tego nie opisała - odrzekła Marion, uśmiechając się pogodnie. - Sama kiedyś próbowałam go odnaleźć, u mnie w Rosslyn, ale nic z tego.
    Z dalszej rozmowy Indy dowiedział się, że Marion skończyła Oksford na kierunku kultury średniowiecza, a później prawa. Pracowała w miejscowej szkole jako nauczycielka historii.
    W pewnym momencie Indy przerwał jej opowieść. Zobaczył, że Peter się zbliża.
    - Coś się stało?
    - Ta narada się skończyła i zaraz przyjdą tu Niemcy. - rzekł Peter.
    - Lepiej jak znajdziemy sobie lepszą kryjówkę. - postanowił Indy.
    Skierowali się w stronę miejsca skąd przyszli Indy oraz Peter i schowali się za skrzyniami. Zaraz przyszedł jeden z żołnierzy, zobaczył, że cela jest pusta i wybiegł wykrzykując coś po niemiecku.
    - Szybko zorientowali się, że cię nie ma. Pewnie przyjdzie za chwilę pół oddziału i zacznie cię szukać. - mruknął Indy.
    - Pewnie tak, ale mam plan. - szepnął Peter. - Widzicie te pomieszczenie, gdzie odbywała się narada. Drzwi są otwarte, więc chyba pokój jest pusty. Chodźmy tam - namawiał Peter.
    - Na razie to najlepsze wyjście. Nie traćmy czasu. Zaraz może być gorąco.
    Skradając się, powoli przeszli do małego pokoiku. Indy wszedł ostatni zamykając za sobą masywne drzwi pancerne.
    - No ładnie - cały arsenał - uśmiechnęła się Marion.
    - Możemy się dobrze uzbroić - przytaknął Peter.
    Indy spoważniał.
    - Nie możemy wziąć wszystkiego, bo się zorientują. Ale ty - zwrócił się do archeologa - możesz zabrać ten pistolet maszynowy.
    - A ja? - zdziwiła się Szkotka.
    - A umiesz się posługiwać bronią palną?
    - Ojciec jest myśliwym, więc często strzelałam - odgryzła się Marion.
    - Nie dość, że piękna to jeszcze wyszczekana i do tego umie strzelać. No ładnie! - Indy wyszczerzył zęby w szczerym uśmiechu.
    - Hej, wystarczy tego przekomarzania. Jaki jest plan Indy?
    - Dlaczego zawsze ja mam mieć plan?
    - Ja wiem, co zrobimy.
    Przeszli do sąsiedniego pokoju, który służył Niemcom za szatnię.
    Indy i Peter spojrzeli po sobie.
    - No macie - podała im mundury, które leżały na ławce. Przebierzcie się. Później zaprowadzicie mnie do tego Kreutera, bo niby sprawiałam kłopoty. Musimy się w końcu dowiedzieć jak idą im wykopaliska.
    - Całkiem niezły plan jak na kobietę.
    Wzięli ją pod ręce i wyprowadzili z pomieszczenia. Marion kierowała nimi jak dojść do miejsca poszukiwań. Po dziesięciu minutach błądzenia po licznych odnogach jaskini dotarli do wielkiej groty, gdzie trwały prace. Podeszli do jakiegoś oficera z wielką blizną na twarzy, który skierował ich do Kreutera.
    - O, złapaliście ja. Doniesiono mi, że uciekła. Ale dlaczego mi ją tu przyprowadzacie sierżancie Beckig? - zapytał, ocierając pot z czoła i patrząc jednocześnie na plakietkę przymocowaną do munduru Indy'ego
    - Sprawiała kłopoty doktorze Kreuter., więc ją przyprowadziliście. - zasalutował Indy.
    - Co takiego robiła, że musieliście ja tu przyprowadzić?
    O tym nie pomyśleli. Wszystko w rękach Indy'ego, a raczej umyśle.
    - Hmm... Krzyczała, że coś wie - to były jedyne słowa, które przyszły mu na myśl.
    "Jest źle" - pomyślał. Po tylu latach spędzonych na uczelni umiał improwizować. Jednak pod taką presją, kiedy świdrujące oczy niemieckiego archeologa patrzyły na niego, niemal przewiercając do samego szpiku w kościach, nie mógł wymyślić nic innego.
    Jednak odpowiedź doktora zdziwiła ich równie mocno, jak wcześniejsze słowa Indy'ego.
    - Sierżancie, odprowadźcie ją do tej celi i niech zgnije tam pośród szczurów. Nie jest nam do niczego już potrzebna. - rzekł Kreuter.
    Archeolodzy zasalutowali i odeszli w zdziwieniu. Szybko wrócili do szatni i przebrali się w swoje poprzednie stroje.
    Indy zmarszczył czoło.
    - Musimy tam wrócić.
    - Coś odkryli, nie sądzisz? - zapytała Marion
    - Niedobrze. Co możemy zdziałać we trójkę przeciwko bandzie szaleńców? - wymamrotał pytająco Peter.
    Szybko przedarli się przez korytarze wykute w skale. Po cichu podeszli do wejścia do wielkiej groty. Skryli się za beczkami.
    - Szybciej! - krzyczał Kreuter. Jesteśmy już blisko.
    Jego wynajęci ludzie uwijali się jak w ukropie wykuwając przejście do następnej groty. Kreuter wiedział, że jeżeli tam nic nie znajdą, to nie znajdą tego już nigdzie. Oczywiście miał świadomość, że może znajdować się za ścianą tylko wskazówka, gdzie należy szukać skarbu.
    - Jeszcze trochę! Mocniej! - poganiał, wyciskając z pracowników siódme poty.
    Nagle jeden z kilofów wybił dziurę w skale. Fala okrzyków przeleciała przez jaskinię niczym błyskawica.
    - Udało się! - krzyczał Kreuter, a razem z nim oficer z poharataną twarzą.
    - Odsunąć się! - warczał archeolog.
    Sam wziął kilof i delikatnie wybił w skale dziurę na tyle dużą, aby mógł się przecisnąć. Odwrócił się w stronę oficera. Ten skinął z aprobatą. Kreuter mógł wejść po skarb.
    Indy, Peter i Marion przez chwilę wstrzymali oddechy. Wiedzieli, że jak Kreuter wyniesie stąd skarb, to oni nie mają szans w otwartej walce.
    Indy zamyślił się na chwilę. Przypomniał sobie książki, które czytał o skarbie w wolnych chwilach. Templariusze po pewnym czasie wynieśli się z Ziemi Świętej do Francji, Anglii czy Szkocji. Osobiście nie wierzył w to, że skarb został ukryty, tam, gdzie go początkowo znaleźli. Po prostu nie sądził, że templariusze uciekając przed Filipem Pięknym zawinęli ze skarbem do Jerozolimy i tam go ukryli. Indy myślał prędzej o jakiejś bardziej wyrafinowanej kryjówce, niż o chowaniu kosztowności praktycznie u "źródła". Zakonnicy mieli przecież wiele komandorii, dziesiątki zamków, a oni mieliby go ukrywać w niespokojnej w tamtych czasach Jerozolimie? "To nie może się tu znajdować" - pomyślał.
    Tymczasem Kreuter wchodził do odkrytej na nowo groty. Nie minęło może pięć minut, gdy doktor znów pojawił się w dziurze. Dało się słyszeć siarczyste przekleństwa z jego ust. "Czyli moja teoria się sprawdziła" - uśmiechnął się w duchu Indy.
    - Tam nic do diabła nie ma! Sam piach i kamienie. Nawet żadnych kości, co oznacza, że nikt tu przed nami tego nie szukał. - wrzeszczał Kreuter wkładając coś do kieszeni.
    Wszyscy zamarli.
    - To tu znajdował się św. Graal, zanim go przeniesiono do Świątyni Graala w Republice Hatay. - kontynuował Kreuter. - Wiem to na 100 %. Myślałem, że templariusze nie będą szukać zbyt wyrafinowanej kryjówki, jednak myliłem się. Ale spokojnie. Wiem, gdzie go przenieśli. Do... Gisors.
    - Więc w drogę, nie ma na co tracić czasu. - przerwał mu oficer.
    - Nie tak łatwo. Pamiętasz, jak ci opowiadałem o tym skarbie? - zwrócił się do niego Kreuter. - W 1307 wydano rozkaz aresztowania wszystkich templariuszy. Jak wiadomo, nie mogli pozwolić, by skarb wpadł w ręce Filipa Pięknego. Wywieźli go do Szkocji, a mianowicie do Rosslyn...
    Marion zaparło dech w piersiach. Do Rosslyn? Przecież ona go tam szukała. Indy także zaniemówił. Peter spojrzał na nich pytająco.
    - Wszystko ci wyjaśnimy.
    Tymczasem Kreuter wydał rozkaz wycofania się stąd. Do Szkocji mieli wyruszyć jutro rano. Robotnicy przechodzili koło nich kierując się do wyjścia. Żołnierze czekali jeszcze na dalsze rozkazy oficera.
    Kiedy wszyscy kopacze wyszli z groty, Indy, Marion i Peter także chcieli skierować się ku wyjściu.
    Nagle Marion zahaczyła o jedną z beczek i upadła, a razem z nią pojemnik.
    - Ups! Jest źle! W nogi - krzyknęła.
    Momentalnie wszystkie głowy odwróciły się w ich stronę.
    - Brać ich! - krzyknął Kreuter.
    Cały oddział Niemców rozpoczął salwę ze swoich pistoletów maszynowych. Większość strzałów chybiła, ponieważ było dosyć ciemno, wrogów tylko troje, a korytarz przez który uciekali wąski.
    - Przestać! Chcę ich żywych! - wrzeszczał oficer.
    Indy obrócił się i stwierdził, że Naziści ich doganiają, a korytarz ciągnął się w nieskończoność. Krzyknął do przyjaciół, aby starali się biec jak najszybciej. Kilku Niemców nadal prowadziło ostrzał.
    Peter poczuł jak jedna z kul wystrzelonych przez nich trafia go w łydkę. Krzyknął z bólu, ale wiedział, że jeśli zwolni będzie po nim.
    Robotnicy, którzy wyszli już z groty usuwali się archeologom. Nie chcieli się do tego mieszać, w końcu oni tylko byli wynajęci do kopania, a nie uganiania się za szpiegami, czy kimś takim. Kilku z nich poległo od pocisków Niemców - nie zdążyli się w porę odsunąć.
    W końcu Indy zobaczył wyjście z podziemi. Podsadził Marion aby ta wyszła pierwsza. Za nią, w szczelinie pojawił się Jones.
    - Gdzie jest Peter? - krzyknęła.
    - Chyba dostał, ale słyszałem jak biegnie za nami.
    Dokładnie w tym samym czasie wyszedł Peter.
    - Pomóżcie mi, dostałem w nogę. - wrzasnął
    Indy wziął go pod ramię i krzyknął:
    - Szybko! Przez to małe okienko! Zaraz pojawią się tu Niemcy! - wskazał na otwór.
    Przecisnęli się przez nie, a w tej samej chwili wyszli Naziści z oficerem i Kreuterem na czele.
    - Nie dopadliśmy ich teraz, to złapiemy ich w Szkocji. Przecież słyszeli, o czym mówiłem. - rzekł Kreuter.
    - Ma pan rację, doktorze. Szybko do ciężarówek! Musimy dotrzeć tam pierwsi. - odparł oficer
    Po trzydziestu minutach zebrali wszystkie narzędzia i skierowali się do wozów. Następne pół godziny zabrało im dojechanie do portu, gdzie czekał na nich frachtowiec Niemieckiej Marynarki Wodnej. Szybko zapakowali sprzęty na statek i po dwóch godzinach odpłynęli.
    - Pełna moc! Kierunek Szkocja!

* * *

    - Wszyscy cali i zdrowi? - zapytał Indy, zaraz po opuszczeniu świątyni.
    Peter syknął z bólu.
    - Oberwałem w łydkę, ale to chyba nic poważnego. - powiedział
    - Musimy jak najszybciej dostać się do Szkocji! - krzyknęła Marion.
    - Taa, ale mamy marne szanse dotarcia tam przed nimi. - rzekł Peter. - A poza tym, może byście mi pomogli z moją nogą?
    Indy i Marion wzięli go pod ręce i zaprowadzili do hotelu, w którym mieszkali.
    - Chyba przydałby się lekarz. - mruknął Peter.
    - Obawiam się, że w tym obskurnym budynku nikogo takiego nie znajdziemy. - powiedziała patrząc na stan ścian w pokoju.
    Ale nie martw się. Umiem wyjmować kule - uśmiechnęła się.
    Indiana i Peter spojrzeli po sobie.
    - Przynieście nóż, to go zdezynfekuję i wyjmę pocisk, który utkwił ci w nodze - rzekła do poszkodowanego.
    Po kilku minutach pełnych bólu i krzyków kula wylądowała w metalowej miseczce. Jones w tym czasie czytał lokalną gazetę.
    - Już po wszystkim. Indy spójrz. - powiedziała Marion
    - Coo? Przepraszam, zamyśliłem się. Ale mam plan, jak dotrzeć do Rosslyn.
    Peter spojrzał na niego.
    - Mów Indy. Na co czekać?
    Twarz Indy'ego rozjaśniła się.
    - Słuchajcie. W tej gazecie napisano, że na pobliskim lotnisku w Tel-Awiwie odbywają się jakieś pokazy lotnicze. Udział w nich bierze również mój przyjaciel. Mógłby nas "podrzucić" do Szkocji.
    Peter uśmiechnął się.
    - No to w drogę.
    Piętnaście minut później byli już w drodze na lotnisko wojskowe. Zabrali się z jakimś kupcem starą, zdezelowaną ciężarówką. "Lepsze to niż spacer na piechotę" - pomyślała Marion. Po dojechaniu do Tel-Awiwu, przeszli kawałek do lotniska.
    Przy wejściu na teren wojskowy stało dwóch strażników.
    - Indiana Jones. Ja do Will'a Cromwella. Jestem jego przyjacielem. - wylegitymował się Indy.
    Drugi z nich pobiegł w stronę hangaru i po minucie wrócił, jakby ktoś go gonił.
    - Brygadier Cromwell prosi pana.
    Indy i Marion wprowadzili Petera za bramę. Droga do hangaru, gdzie czekał na nich Will była oświetlona reflektorami, ponieważ zbliżał się zmierzch. Drzwi hangaru rozsunęły się.
    - Indyyy? - co ty tu robisz? - usłyszeli
    - Will przyjacielu! Kopę lat! - padli sobie w ramiona.
    Willard Cromwell był pilotem z czasów Wielkiej Wojny. Ma na koncie liczne zestrzelenia. Po wypadku przeniesiono go do marynarki, skąd również odbywał regularne loty na niemieckie U-Booty.
    - Już cztery lata się nie widzieliśmy. Pamiętasz jak dorwaliśmy drani w tych latających dyskach? Piękna sprawa! - wspominał. - My się chyba nie znamy? - spojrzał na Marion i Petera
    Indiana przedstawił pilotowi przyjaciół i opowiedział o wykopaliskach pod świątynią, o Kreuterze oraz o skarbie.
    - Will, potrzebujemy twojej pomocy! Musimy dostać się do Szkocji. - spojrzał na przyjaciela.
    - Ciężka sprawa, bo mam tu te pokazy, ale zobaczę co da się zrobić. Pójdę zaraz do kapitana i powiem mu o tym.
    Przyjaciele weszli do hangaru i usiedli za stołem.
    Cromwell wrócił za kilka minut.
    - Załatwione. Ale jest warunek. Ciężki...
    - Mów! - ponaglał Indy.
    - Mój szef chce cię poznać. - oświadczył Will
    - Boże, okey. Pamiętaj jutro z rana wylatujemy do Szkocji. - przypomniał mu Indy.
    - Hej Will, a dało by się załatwić jakiś opatrunek na moją nogę? - zapytał Peter.
    - O, jasne. - Will gwizdnął na jednego z żołnierzy.
    Ten przybiegł w mgnieniu oka.
    - Szybko lekarza! - rozkazał.
    Po chwili przyszedł lekarz polowy i zajął się Peterem. Indy i Marion poszli z Willem do kapitana.
    - Idźcie tym korytarzem. Drzwi po lewej. - powiedział Cromwell.
    - A ty nie idziesz z nami? - zapytała Marion.
    - Nie. Muszę zajrzeć do samolotu. Trzeba go przygotować.
    Indy uśmiechnął się.
    - Will przyjacielu. To ten sam Trimotor sprzed czterech lat?
    - Tak, świetna maszyna. Teraz nie zamieniłbym jej na żadną inną. - odrzekł.
    Po godzinie Indy i Marion wyszli od kapitana lotniska. Indiana opowiedział z grubsza o swoich przygodach, o uczelni i o ostatnim dniu. Ciężkim dniu.
    Poszli z powrotem do hangaru, gdzie czekał na nich Cromwell.
    - Indy. Jeszcze jedna sprawa. - powiedział tajemniczo Will.
    Z drzwi z plecami wyszedł wysoki mężczyzna ok. 50. Ubrany był w koszulę khaki z licznymi przegródkami na broń i kapelusz tego samego koloru ozdobiony skórą leoparda.
    - Granger??? A co ty tu robisz? - zapytał zdziwiony Indy.
    - Chyba nie doczytałeś artykułu. - Granger podał mu gazetę. - Jak wiesz jestem myśliwym, a było tu organizowane polowanie. Gdzie polowanie, tam ja i moja strzelba. Podczas łowów zaatakował mnie wilk. - pokazał szramę na ręce. - i zabrano mnie do tego szpitala polowego. Tu poznałem Willa, a on opowiedział mi o tobie i przygodzie z dyskami, a ja o Mongolii, gdzie byliśmy rok temu, pamiętasz?
    Indy przytaknął.
    - Przed chwilą dowiedziałem się, że lecisz z Cromwellem do Szkocji na Niemców. Nie wiem co o tym sądzisz, ale może mógłbym się wam przydać.
    - Ja nie mam nic przeciwko, a wy? - spojrzał na Petera i Marion.
    - Dla mnie okey. - powiedział Peter z obandażowaną nogą.
    - Skoro się znacie i już braliście razem udział w ekspedycjach, to czemu nie? Zgadzam się. - rzekła wyraźnie zadowolona.
    Walter Granger należał do zapalonych myśliwych. Był niesłychanie sprawny fizycznie, ale miał okaleczone prawe ucho. Brał udział w licznych wyprawach, nie tylko do Mongolii. Już kiedyś pomógł Indy'emu - wybawił go od śmierci z rąk polinezyjskich kanibali.
    Podczas długiej, wieczornej rozmowy Will i Walter poznali się bardziej z Peterem i Marion. Granger patrząc na młodą, może trzydziestoletnią dziewczynę nie mógł wytrzymać i zwrócił się do Indiany:
    - Indy, nie wiem jak ty to robisz. Jesteś po prostu magnesem na piękne kobiety.
    Indy uśmiechnął się.
    - Można tak powiedzieć. Nie wiem jak wy, ale ja bym się chętnie położył spać. Jutro z samego rana wylatujemy - przypomniał.
    Will zaprowadził ich do sypialni. Sam poszedł jeszcze dojrzeć swój ukochany samolot i również się położył.

* * *

    - Pobudka!
    - Boże, kto tak krzyczy o 5.30 rano? - Granger spojrzał na swój zegarek.
    Drzwi do jego pokoju otworzyły się.
    - Za pół godziny odlatujemy. Radziłbym ci się pospieszyć.
    Walter jak zwykle włożył swój strój khaki. Otworzył szafę i wybrał arsenał bojowy - nóż, jedną strzelbę, karabinek maszynowy i pistolety dla pozostałych członków lotu. Po wyjściu z pokoju skierował swoje kroki do hangaru.
    - Widzę, że ostro się przygotowałeś. - stwierdził Indy patrząc na broń.
    Zjedli obfite śniadanie z kapitanem lotniska i poszli do samolotu.
    Granger zapakował sprzęt do środka, gdyż luki bagażowe w skrzydłach były zajęte przez potężne karabiny maszynowe. Cały kadłub był pomalowany zgodnie z wojskowymi regułami. Samolot miał trzy potężne silniki firmy Prat & Whitney, z których można było wydusić naprawdę niezłą prędkość i moc. Trzy lata temu samolot był modyfikowany, aby mógł stawić czoła supersterowcowi i latającym dyskom.
    - Wszyscy już na miejscu? - zapytał Will siadając na fotelu pilota.
    - Melduję, że tak. - odparł Peter.
    Indy usiadł w kabinie obok Cromwella jako nawigator. Marion, Peter i Granger zajęli miejsca dalej w środku samolotu. Indy poinstruował resztę, aby zapięli pasy.
    Po dwóch minutach kołowania ku pasie startowym, Cromwell rozpędził samolot i wzniósł go w powietrze. Osiągnięcie prędkości przelotowej zajęło im trochę czasu.
    Minęło kilka minut i lotnisko w Tel-Awiwie zaczęło zostawać w tyle.


Rozdział V

    Silniki warczały niemiłosiernie. Cromwell nie słyszał w tej melodii nic głośnego - po tylu latach spędzonych na lotniskach i w maszynach przyzwyczaił się i mówił, że dźwięk silników jego samolotu jest dla niego tym, czym dla kobiety usłyszenie od ukochanego "Kocham Cię". Reszta załogi nie mogła tego zrozumieć i prawie zatykała uszy.
    - Will! Na jakiej wysokości jesteśmy? - krzyknął Indy siedzący tuż za plecami Cromwella, próbując przekrzyczeć warkot silników.
    - Indy! Od czterech lat powtarzam ci, że w kokpicie używa się hełmofonów. Nie jestem przecież głuchy i nie musisz wrzeszczeć. Teraz osiągamy trzy i pół tysiąca metrów.- odparł.
    Gdy Indy i Will prowadzili tą ciut głośną rozmowę, Marion zmieniła opatrunek Peterowi.
    - Jeszcze nigdy tego nie robiłam na takiej wysokości. Ale nie bój się. - powiedziała.
    - No, jak trochę zakołysze maszyną, to najwyżej włoży ci palec do rany, aż poczujesz go na kości. - zaśmiał się Granger.
    - Nawet tak nie mów. Gdy widzę krew, to jestem strasznie blady. Nawet teraz. - odrzekł Peter.
    - Myślę, że już lepiej się czujesz.
    - Tak, dzięki, że się o mnie martwisz.
    W kokpicie Will skręcił trochę na północ.
    - Właśnie dolatujemy do wybrzeży Francji.
    - Will, kiedy mniej więcej dolecimy do Szkocji? - zapytał Indy.
    - Teraz mamy jedenastą. Około trzeciej powinniśmy lądować w Edynburgu.
    - Pozwolisz, że cię opuszczę. Pójdę coś zjeść.
    - Nie ma problemu. Nie jesteś mi teraz potrzebny.
    Indiana wszedł do kabiny, usiadł przy Marion i rozpoczął posiłek.
    Granger w tym czasie czyścił broń. Ostrożnie i powoli poruszał wyciorem w lufie swojego najlepszego karabinu.
    - Chyba nastawiłeś się na ostrą walkę. - rzekła Marion.
    - Nigdy nie lubiłem Niemców, Will też nie. Nie będę strzelał do zwierząt, to będę strzelał do Szkopów, którzy i tak, moim zdaniem, zachowują się jak zwierzęta. - powiedział, wyjmując wycior z lufy strzelby.
    - Mógłbyś wyczyścić i ten? - spytał Indy, wyciągając swój pistolet z kabury.
    - Jeden nie robi mi różnicy. - odparł Walter.
    Indy zjadł kanapkę i wyjął swój bicz.
    - A ty nadal to nosisz? - zapytał Granger patrząc na zwinięty bicz.
    Indy wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    - I nigdy nie przestanę. Już wiele razy uratował mi życie. A na dodatek służy do obrony przed wężami.
    - Ty, wielki podróżnik i archeolog, boisz się węży? - zapytał Peter.
    - Tak, i to bardzo. Pamiętam nawet pierwszy dzień, w którym spotkałem jednego z nich. Miałem ze 13 lat, byłem scoutem i uciekałem przed rabusiami. Wskoczyłem do pociągu i chciałem schować się w jednym z wagonów. Wszedłem do niego tyłem, odwróciłem się i go zobaczyłem z otwartą paszczą. Myślałem, że umrę ze strachu. Zostało mi do dzisiaj. - opowiadał Indy.
    W tym momencie Will zawołał Jonesa.
    - Indy, zapnijcie pasy, dostałem pozwolenie na lądowanie.
    Samolot obniżył dziób i rozpoczął powolne opadanie ku ziemi. Po kilku minutach wszyscy poczuli, jak koła dotykają podłoża. Ujechali jeszcze kilkanaście metrów i samolot stanął w miejscu.
    - Koniec podróży. Wysiadamy.
    Indy otworzył drzwi maszyny, przepuścił wszystkich, po czym sam wyszedł na zewnątrz.
    Lotnisko wojskowe pod Edynburgiem powitało ich popołudniową mżawką. Do samolotu podeszło kilku pracowników i zaprowadzili pasażerów do hangaru, gdzie czekał na nich znajomy Willa, jeszcze z czasów Wielkiej Wojny.
    Przywitali się serdecznie i Indy wyjaśnił pokrótce, co ich sprowadza.
    - To by było na tyle. - zakończył Indy.
    - Ciekawe. Może mógłbym wam jeszcze jakoś pomóc? - zapytał dowódca.
    - Chyba tak. Potrzebny jest nam transport do Rosslyn. To niedaleko.
    - Wiem, wiem. Za pół godziny przed hangarem będzie czekał jeep, który was tam zabierze. A tymczasem chodźcie na obiad. - odrzekł dowódca.
    Indy jadł posiłek zamyślony, jakby nieobecny. Ciągle myślał o skarbie. Patrzył także na Marion i uświadomił sobie, że mu się podoba. "Kurczę, chyba nie ma faceta lepszego ode mnie w sprawie kobiet. Nowa wyprawa = nowa dziewczyna." - pomyślał w duchu.
    Zerkał w stronę Marion, zawieszał wzrok na jej blond włosach, pięknych oczach, kształtnych piersiach.
    Ona również nieśmiało próbowała patrzeć na Indy'ego.
    - I jak smakowało? - zapytał dowódca.
    Indiana poczuł się jak wyrwany z głębokiego snu.
    - A, całkiem smaczne - odrzekł, patrząc na pusty w połowie talerz.
    Tymczasem Will wstał od stołu, podziękował i powiedział:
    - Nie sądzisz Indy, chyba powinniśmy się zbierać.
    - Za dziesięć minut przy wozie - odparł.
    Granger przygotował broń. Wyszedł przed hangar i spojrzał na jeepa.
    - Ładna sprawa - powiedział sam do siebie.
    Na odkrytej pace był zamontowany potężny karabin maszynowy.
    - Można tym strącić nawet samolot - zaśmiał się dowódca, który także postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza, wychodząc przed hangar.
    Walter zostawił strzelby w samochodzie, po czym wyjął z kieszeni fajkę, wsypał tytoń i zapalił. Ciemne opary dymu wznosiły się delikatnie ku górze. Dowódca także wyjął papierosy i po chwili także zaczął zaciągać się nimi.
    O umówionej godzinie przyszli Indy, Marion i Peter. Za kierownicą usiadł Will, karabin obsługiwał Granger. Reszta zajęła miejsca pasażerów.
    Cromwell włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go, wrzucił jedynkę i ruszyli ku Rosslyn.

* * *

    Już z daleka zobaczyli niewielką świątynię. Wznosiła się ona dosyć majestatycznie w stosunku do terenu. Wokoło było pusto - żadnego innego budynku, tylko park i kaplica Rosslyn. Została wzniesiona w późnogotyckim stylu przez Williama Sinclaira. Osobiście zatwierdzał dekoracje - każda rzeźba była wykonywana w drewnie, a gdy on ją zatwierdził, rzeźbiono ją w kamieniu.
    Marion, pojawiając się tu, przypomniała sobie dzieje swojego rodu. St. Clairowie pochodzili od jednego z rycerzy Wilhelma Zdobywcy. Wśród nich było wielu krzyżowców oraz templariuszy. Pierwszy wielki mistrz zakonu był spokrewniony z St. Clairami. Ród, którego pochodziła dziewczyna, był bardzo znany już od tamtych czasów. William Sinclair, fundator kaplicy w Rosslyn, był wielkim admirałem, kanclerzem Szkocji, patronem i protektorem szkockich masonów.
    Will zaparkował Jeepa.
    - No nie, czyżbyśmy się spóźnili? Gdzie są Niemcy? - zapytał
    Indy pochmurniał.
    - Nie wiem, ale znając ich przebiegłość, już w środku.
    - Więc chodźmy. - ponaglał Granger.
    Podeszli do drzwi, a te otworzyły się ze skrzypnięciem.

* * *

    W środku zobaczyli dokładną kopię wnętrza świątyni jerozolimskie, zbudowanej przez Salomona. Dwie kolumny - Boaz i Jakin - stały w tym samym miejscu, co w świątyni w Mieście Trzech Religii.
    - Gdzie są ci Niemcy? Nie mam zamiaru znowu skradać się po podziemiach. - zdenerwował się Indy.
    - Poszukajmy - stwierdził Peter.
    Obeszli całą kaplicę wzdłuż i wszerz, ale nie natrafili na jakieś zejście do podziemi. Po prostu ich nie było. Widocznie przyszli, wzięli co im było potrzebne i wyjechali, jak gdyby nigdy nic.
    Marion spojrzała w górę i wskazała palcem na jedno ze sklepień.
    - "Wino jest mocniejsze, król mocniejszy, ale prawda zwycięża wszystkich" - przetłumaczył Indy z łaciny.
    - O ile wiem, tekst ten nawiązuje do rytuałów masońskich, ale masoni pojawili się w trzysta lat po wzniesieniu kaplicy! - powiedziała Marion.
    - Patrzcie na to! - krzyknął Peter.
    Fragment jakiejś rzeźby przedstawiał liście aloesu i kukurydzę.
    - Ale przecież te rośliny nie były znane podczas budowy. - rzekł Indy.
    Przez parę minut oglądali jeszcze znaki masońskie w świątyni z XV wieku. Nie dowierzali własnym oczom.
    Nagle usłyszeli jakiś krzyk, dobiegający z zakrystii. Szybko pobiegli w tamtą stronę.
    Nie mogli otworzyć drzwi, więc Granger zaoferował się, że to on je otworzy. Wyjął rewolwer i kaplicą wstrząsnął odgłos odstrzelanego zamka.
    Pośpiesznie weszli do środka i zobaczyli leżącego na podłodze zakrwawionego starszego mężczyznę. Ubrany był w zwykły, codzienny strój. Obok niego leżała miotła.
    - Boże! Tato! Co ty tu robisz? - krzyknęła Marion biorąc ojca w objęcia.
    - Auu! - zawył z bólu. - Przed godziną byli tu Niemcy i wymusili na mnie, abym powiedział, gdzie jest skarb. Najgorszy był taki oficer z poharataną twarzą. Nie chciałem im nic powiedzieć, więc on podszedł do mnie i z całej siły uderzył pięścią w twarz. I tak tu leżę od piętnastu minut.
    Granger pobiegł po apteczkę do jeepa i Marion zaczęła opatrywać ojcu rany.
    Po chwili opowiedziała mu o przygodach w Jerozolimie.
    - Jak to dobrze, że nic ci się nie stało. Miałaś cholerne szczęście - powiedział.
    Do rozmowy wtrącił się Indy.
    - Powiedział pan, że wyjawił im pan tajemnicę skarbu. Myślę, że powinniśmy go odzyskać.
    - Dobrze, że mi przypomniałeś, synu. Już wam mówię. Ale najpierw powiem, jak się tu pojawił. Otóż po rozwiązaniu zakonu templariuszy, część zakonników trafiła do Szkocji, razem z całym skarbem. Jak pewnie wiecie, wcześniej był przerzucany z rąk do rąk, aż zawładnęli ni rycerze w białych płaszczach z czerwonym krzyżem. Skarb był tu ukryty, a dokładnie w podziemiach tej kaplicy. Członkowie naszego klanu postanowili nie wyjawiać nikomu, gdzie się znajduje. Ale, gdy król angielski zagroził Szkotom, sir Henry Sinclair odbył podróż do...
    - Mów tato!
    - ...do Ameryki.
    - Gdzie??? - zapytał Will.
    - Do Ameryki. Do Nowej Szkocji. Tam ukrył skarb w przemyślnej kryjówce na jednej z wysp w zatoce Manhoe. - dokończył Sinclair.
    - Chce pan powiedzieć, że Kolumb to tylko symbol? On nie okrył Ameryki? - zapytał Granger.
    Sinclair potwierdził.
    - Dopłynął dokładnie w 1398 roku, prawie sto lat przed Kolumbem.
    - Ale tato! Dlaczego wcześniej nic mi o tym nie mówiłeś? - spytała ojca Marion.
    - Kiedyś przyszedłby na ciebie czas, córeczko. - odpowiedział.
    - Jeżeli Niemcy byli tu około godzinę temu, to my także powinniśmy się zbierać, nie sądzisz Indy? - powiedział Will.
    - Tak, czym prędzej do jeepa.
    Granger pomógł wstać ojcu Marion.
    - A co z moim tatą?
    - Weźmy go do tego szpitala wojskowego przy lotnisku, będzie miał tam doskonałą opiekę. - rzekł Indy.
    - Skoro tak mówicie, to w drogę.
    Peter i Walter wzięli go pod ramiona i wyprowadzili go ze świątyni. Pomogli mu wsiąść do wozu i usiedli przy nim. Will zasiadł za kierownicą.
    Wtem wyszli Indy i Marion.
    - Po zakończeniu poszukiwań, przyjadę tu... na pewno. Obiecuję ci. - powiedział Indy wsiadając do jeepa.
    - Trzymam cię za słowo. - odparła Marion.
    Will przekręcił kluczyk w stacyjce i samochód ruszył.

* * *

    Po dojechaniu do lotniska, Walter i Peter zaprowadzili Sinclaira do szpitala. Marion pożegnała się z ojcem i pobiegła na płytę lotniska. Indy przytrzymał jej drzwi i pomógł wejść do środka. Will uruchomił silniki i po chwili w uszach zagrała im znajoma melodia maszyny.


Rozdział VI

    Will, po osiągnięciu prędkości i wysokości przelotowej, ustawił kurs Forda Trimotor na Nową Szkocję. Lecieli nad Oceanem Atlantyckim. Mijali kilka statków rybackich. Marion podziwiała widoki z okienek samolotu, Granger spał, Peter czytał gazetę, którą dostał na lotnisku pod Edynburgiem. Jak powiedział, nic ciekawego nie zdarzyło się na świecie. Indiana siedział w kokpicie i kierował Willa. Po chwili zwrócił się do Cromwella:
    - Will, jeśli ci to nie przeszkadza, to pójdę sobie.
    - Idź, idź.
    Indy wszedł do kabiny i usiadł obok śpiącego Grangera. Naciągnął kapelusz na oczy i próbował zasnąć, ale widocznie nie to było mu przeznaczone w tej chwili.
    Ukradkiem patrzył na Marion i stwierdził w duchu, że mu się podoba coraz bardziej. Przypominała mu trochę Deirdre, która zginęła w tydzień po ich ślubie na statku. Mimo że od tego czasu minęło już 12 lat, Indy nadal ją wspominał. Marion, tak jak ona była troszeczkę zadziorna, ale miła i sympatyczna. Można było z nią rozmawiać na każdy temat. Wiedziała także czego chce - zdecydowanie wiodło prym pośród innych cech jej charakteru. Podobnie jak Deirdre była przeciwieństwem Dorian, którą spotkał podczas wyprawy do Delf.
    Indy odpędził od siebie tą myśl; niedobrze mu się robiło na myśl o niej. Dorian - koszmar.
    Marion przysiadła się do Indy'ego i oparła się o jego ramię. "Boże, ona chyba na mnie leci" - powiedział w sercu Indy.
    Wtem rozległ się głos Willa:
    - Niedługo, za jakieś pół godziny będziemy w Nowej Szkocji.
    Indy wstał i poszedł do kokpitu.
    - Z tego co mówił Sinclair, nie będzie gdzie wylądować na tej wysepce. Co w takim razie zrobimy? - zapytał
    - Nie martw się o to. Nasza maszyna może lądować także na wodzie. Widziałeś przecież te pływaki obok kół. Ten samolot umie wszystko... - rozmarzył się Cromwell.
    Indy wyjrzał przez okienko.
    - Will, ty widzisz to co ja?
    Cromwell spojrzał tam, gdzie wskazywał palec Jonesa.
    - Boże, frachtowiec Niemców.
    Obydwaj jak zaczarowani patrzyli na olbrzymi statek z działkami przeciwlotniczymi na pokładzie. Frachtowiec był przystosowany do przewożenia ciężarów. Sam był nieporównywalnie wielki - zarówno szeroki jak i długi. Trzy ogromne dźwigi stały bez ruchu.
    - Jak zaczną strzelać, to my im także damy popalić z naszych karabinów i rakiet.
    Do kokpitu wszedł Walter.
    - Ładny stateczek. Szkoda, że możemy go roznieść w pył z naszego arsenału. - powiedział.
    Minęły dwie minuty, ale nikt nie strzelał ze statku.
    - Może wszyscy są na wysepce. - zastanawiał się Indy.
    - Podchodzimy do lądowania. Zapnijcie pasy. - rzekł Will.
    Indy poszedł do kabiny i przekazał wiadomość.
    Parę minut później wylądowali w pobliżu Wyspy Dębów.

* * *

    Indy jak zwykle przepuścił wszystkich i sam wyszedł na końcu. Wylądowali tuż przy wschodnim brzegu Wyspy Dębów. Jones pomógł wyjść z wody Marion. Granger wziął z samolotu broń. Will przycumował maszynę linami do kilku wielkich kamieni leżących na brzegu. Indy wyszedł na przód ekspedycji. Kilkanaście metrów szli czystą, żółtą plażą. Po chwili doszli do otoczonego drewnianymi balami otworu. Nad nim wznosił się majestatycznie ogromny, wiekowy dąb, na którym była umocowana starodawna wciągarka.
    - To musi być ten szyb, ta pułapka, o której mówił twój ojciec - Cromwell zwrócił się do Marion
    - Tak, to o tym mówił ojciec.
    Cały teren wokół był porośnięty trawą. W oddali rosły równie potężne dęby, tworzące wielki las.
    "Dobra nazwa na taką wyspę" - pomyślał Peter.
    - Myślę, że powinniśmy zacząć poszukiwania. - powiedział do reszty grupy Indy.
    - Cóż za błyskotliwa myśl, Herr Jones.
    Indy odwrócił się na pięcie, podobnie jak jego przyjaciele.
    Przed nimi stał dr Kreuter i oficer w otoczeniu uzbrojonego oddziału Niemców. Kreuter jak zwykle aż rwał się do dyrygowania tymi ludźmi. Despotyczny, przywódczy to za małe słowa na określenie jego osobowości.
    - Miła niespodzianka. - odpowiedział Jones.
    Oficer uśmiechnął się.
    - Teraz nam nie uciekniecie. Brać ich!
    Kilku zbrojnych wystąpiło z szeregu i zaczęło wykonywać rozkaz przełożonego.
    "Teraz, albo nigdy" - pomyślał Peter i rzucił się do ucieczki.
    - Strzelać głupcy!
    Ciało Petera padło od serii wystrzałów.
    Indy zrozumiał, że przyjaciel zginął.
    - Ty świnio! - krzyknęła Merion.
    Oficer podszedł do niej i objął twarz obleśnymi rękami.
    - Puszczaj mnie! - wrzeszczała.
    Odszedł od Marion i stanął obok niemieckiego doktora.
    - Więc czego od nas oczekujecie? - zapytał z uśmieszkiem Indy.
    - Niech mnie pan nie denerwuje, Herr Jones. To przecież jasne - pomożecie nam znaleźć skarb. Albo jeszcze lepiej - znajdziecie go za nas, oddacie go nam, a my się po cichu was pozbędziemy, co? Prawda, że urocza propozycja?
    Oficer, chrząknął.
    - Oczywiście nie do odrzucenia.
    - A jeśli odmówimy? - zapytał Granger.
    - To skończycie tak jak ten nieszczęśnik. Ten co tam leży. - powiedział oficer patrząc na ciało Petera.
    - Do roboty!
    Żołnierze otoczyli ich.
    - Jak pewnie się domyśliliście szyb jest zalewany przez wodę z zatoki. - ciągnął Kreuter. - Musimy znaleźć inne wejście, które zresztą już widzę - spojrzał na wznoszącą się w oddali jaskinię. Ale ci templariusze się wysilili.
    - Może jest fałszywe? - powiedział Indy.
    - Zamknij się Jones. Fałszywy jest ten szyb. Już kilkanaście osób przy nim zginęło.
    Żołnierze poprowadzili wszystkich do wylotu jaskini.
    - Kilku z was tu zostanie. - powiedział oficer do Niemców.
    - Do środka! - krzyknął Kreuter.
    Niektórzy mieli pochodnie, rozświetlające egipskie ciemności groty. Na ścianach jaskini były wymalowane krzyże templariuszy, teksty po łacinie dotyczące zakonu.
    Po chwili doszli do większej groty. Kreuter od razu zauważył zainstalowaną w ścianie dźwignię
    - Ty - wskazał na jednego z żołnierzy - pociągnij za nią.
    Niemiec podszedł pewnie do ściany. Wiedział, że jeśli nie wykona rozkazu, zabiją go, dlatego udawał bohatera.
    Nacisnął dźwignię i wszyscy usłyszeli świst strzały przechodzącej na wylot przez gardo żołnierza. Bełt wyleciał z ukrytej w przeciwległej ścianie wyrzutni. Nazista padł martwy na ziemię. Nie zdążył jeszcze zamknąć oczu...
    Marion zamknęła mu powieki i wtuliła się w Indy'ego. Jones objął ją swoim ramieniem.
    - No szkoda człowieka, dobry był z niego strzelec, ale przecież nie mogliśmy narażać na to naszych gości. - oficer spojrzał na zbitą grupkę.
    - Pierwsza pułapka pokonana. Idźmy dalej.
    Nie minęło pięć minut jak doszli do rozległej komnaty-groty. Indy pomyślał, że służyła ona kiedyś templariuszom jako namiastka świątyni. W bocznej nawie kaplicy stał na pół zbutwiały drewniany stół, będący w dawnych czasach ołtarzem. Nad nim wznosił się ogromny krucyfiks okryty resztkami białego płótna z czerwonym krzyżem.
    - Templariusze musieli tu przebywać przez dłuższy czas, skoro przerobili tę jaskinię na swojego rodzaju kościół. - szepnął Indy do Marion.
    Will i Walter stali tuż obok tak, że mogli słyszeć słowa Jonesa.
    Po przeciwległej stronie ołtarza na ścianie wznosiło się malutkie wejście, przez które prowadziła jedyna droga do skarbu.
    - Herr Jones! Ty pójdziesz dalej! - Kreuter zwrócił się do Indy'ego - I odnajdziesz skarb.
    Oficer wydał rozkaz, aby część żołnierzy wyszła na zewnątrz, a kilku pozostało do pilnowania przyjaciół Jonesa.
    Indy przełknął ślinę. Wiedział, że musi iść. Graal... w podobny sposób zdobył bezcenny kielich... musi się udać.
    Jones podszedł do Marion i namiętnie ją pocałował. Tak, jakby czuł, że to jego ostatni pocałunek w życiu.
    - Idź już, bo zobaczysz ich martwych!
    Indy obrócił się na pięcie i skierował się do wejścia w głąb jaskini templariuszy.
    Z trudem przedostał się dalej. Przejście było niewielkie, a Indy był dosyć wysoki.
    Gdy już przeszedł na drugą stronę intuicyjnie odczepił od paska bicz. "Dziwne, że mi go nie zabrali." - pomyślał idąc przez jaskinię.
    Przeszedł jakieś dziesięć metrów. Nagle, niespodziewanie z niewielkiej wnęki wyskoczył szkielet uzbrojony w dwuręczny miecz. Przestraszony Indy trzasnął biczem, zahaczył końcówkę o szyję kościotrupa i gwałtownie szarpnął. Sekundę później obok niego leżał stos kości.
    Indy otarł pot z czoła.
    - Boże, co to było? Szkielety nie chodzą! - powiedział sam do siebie.
    Odwrócił się w stronę wnęki i zobaczył, że przechodząc uwolnił jakiś mechanizm, który wypchnął kościotrupa na niego.
    "Mieli pomysł na dobrą pułapkę. Nieźle mnie wystraszył." - pomyślał.
    - Coś czuję, że to nie ostatnia z pułapek. - mruknął pod nosem.
    Szedł powoli dalej, tym razem patrząc pod nogi. Przeszedł może około dwudziestu metrów. Mijał zamalowane obrazami ściany jaskini. Przedstawiały one niezliczoną ilość świętych, miejsc sakralnych i tym podobnych
    - Jezu...
    Indy doszedł do ogromnej groty.
    - "Co to jest?" - pomyślał.
    Jones stał przed wielkim stołem oświetlonym płonącym żywym ogniem pochodniami. Na powierzchni znajdował się jakiś tekst po łacinie. Indy bez trudu go rozszyfrował, znając tan język, jak i 26 innych.
    Napis głosił:
    "KTO JEST GODZIEN UJRZEĆ BAFOMETA, NIECH SZUKA..."
    Indy szukał w pamięci przez chwilę.
    Bafomet, Bafomet...
    Tak!
    Indiana przypomniał sobie.
    Bafometem templariusze nazywali jakiegoś bożka po postacią głowy. Głowy, której inni nie byli godni ujrzeć. Jak mówiła legenda, głowy, która dawała to, czego dusza zapragnie...
    Indy prowadził serię wykładów o templariuszach, ale nic więcej nie było o tym wspomniane.
    Postanowił, jak wskazywał tekst szukać Bafometa, jak i skarbu.
    Obok napisu na powierzchni stołu znajdował się wypukły znak templariuszy - czerwony krzyż, na zapewne kiedyś białym tle. Indy zdmuchnął kurz, zdjął pajęczyny, ale nic innego nie znalazł.
    Przez parę sekund wodził oczyma po ścianach. W niewielkiej odległości od stołu znajdowały się kamienne drzwi. Indy podszedł do nich, próbował pchnąć barkiem, ale nie ustępowały. Indy podszedł z powrotem do stołu i prześledził napis i blat. Dotykał rękoma powierzchni. W pewnym momencie najechał dłonią na krzyż. Wcisnął się, jak guzik czy przycisk. Drzwi stanęły otworem.

* * *

    Will, Granger i Marion stali otoczeni w pierwszej części kompleksu. Marion modliła się w duchu, żeby Indy'emu się udało. Wierzyła w niego. Wiedziała, że mu się powiedzie. Musiało się powieść...

* * *

    Indy przeszedł przez otwarte drzwi i stanął na skraju przepaści.
    - Boże...
    Przed Indym rozciągała się bezdenna przepaść. Niechętnie spojrzał w dół. Nie mógł zobaczyć dna...
    Zobaczył, że po drugiej stronie znajdują się ogromne drzwi. Wiedział, że za nimi musi być skarb.
    Rozejrzał się. Przepaść była ogromna, ale nad Indym znajdował się kamienny sufit. W kamieniu były potężne haki, podtrzymujące kiedyś most.
    Indy odczepił od paska bicz. Wziął krótki rozbieg i skoczył jednocześnie zaczepiając bat o jeden z haków.
    Indy poczuł, że spada. Hak przełamał się na pół. Resztkami sił zarzucił bicz na drugi z nich. Na szczęście ten był cały.
    Indy znalazł się po drugiej stronie.
    Podszedł do gigantycznych rozmiarów drzwi. Nie miały klamek. Rozejrzał się w lewo i prawo. Po obu stronach znajdowały się płonące pochodnie. Spojrzał na ścianę obok nich. Na ścianie była dźwignia.
    Jones przesunął ją w dół.
    Za Indym wysunął się most. Na przepaści, przez którą skakał.
    "Templariusze nieźle potrafili wkurzyć człowieka". - pomyślał.
    Jednocześnie wraz z mostem otworzyły się drzwi. Skrzydła w równym tempie rozsunęły się przed Indianą.
    Widok zaparł mu dech w piersiach.
    Wszedł do największej komnaty wykutej w skale, jaką kiedykolwiek widział.
    Indy myślał, że zwariuje. Przed sobą zobaczył setki ton złota. Najprawdziwszego złota. Wyszedł na środek komnaty. Po bokach wznosiły się złote egipskie rzeźby. W centralnej części groty stał oświetlony pochodniami ołtarz.
    Na blacie był wyryty tekst, mówiący o atbaszu - starodawnym szyfrze, którego używali zakonnicy do kodowania wiadomości. Na dole tekstu znajdował się napisany wyraz BAFOMET, oraz obok przetłumaczony w atbaszu.
    BAFOMET = SOPHIA.
    Indy'emu zaświtało coś w głowie. Sophia to po grecku mądrość.
    Po chwili Indy zauważył, że dwa blaty stołu rozsuwają się. Gdy rozwarły się maksymalnie, coś zaczęło się wynurzać. Na nowo wysuniętym blacie leżały setki manuskryptów. Indy podszedł bliżej i nachylił się nad nie. Zobaczył tekstu po hebrajsku, grecku, po łacinie, pojawiały się nawet z namalowanymi hieroglifami. Na środku znajdowały się dwie oprawione w skórę i związane rzemykami starożytne księgi. Indy wziął jedną z nich do ręki i otworzył. Zobaczył znajomo brzmiący tekst. Pismo Święte! Oryginalne zwoje Pisma Świętego!
    Indy położył je na miejscu.
    Teraz zrozumiał to, co templariusze chcieli przekazać. W rzeczywistości pod postacią wymyślonego Bafometa czcili mądrość. Przecież dokładnie ją opisali. Jeżeli się ją posiadło, dawała wszystko co się zechciało....
    Indy pomyślał, że musi wracać. Miał nawet plan. Tak, to musi się udać...

* * *

    Głos Kreutera przerwał dość długo zalegającą ciszę.
    - Chyba rozumiecie, że jeśli za parę minut nie wróci, będzie już po was.
    - Ciekawa perspektywa najbliższej przyszłości. - powiedziała ironicznie Marion.
    Siedziała obok Willa i Waltera na zakurzonej, zapiaszczonej podłodze. Miała nadzieję, że Indy wróci.
    - A jeśli nie... - mówił Granger, lecz po chwili przerwał.
    Indy, udało mu się!
    Jones zbliżył się do grupki.
    - Gdzie skarb? - zapytał wprost oficer.
    Indy uśmiechnął się tajemniczo.
    - Jaki znowu skarb? Tam dalej nic nie ma. Nic, oprócz szkieletów moich poprzedników, którym także się nie udało. Tam nie ma żadnego skarbu. Templariusze musieli schować go chyba gdzieś indziej.
    Do rozmowy przyłączył się Kreuter.
    - Łżesz! Wiem, że coś znalazłeś!
    W tym momencie Indy wyjął broń. Wycelował w stronę oficera. Drugą ręką wyjął bicz i zarzucił go na szyję niemieckiego archeologa. Szarpnął mocno i w ułamku sekundy Kreuter leżał na ziemi tuż przy nim.
    Oficer podszedł do Jonesa tak, jakby lufę pistoletu miał w głębokim poważaniu.
    - Jones! Przecież wiem, że nie wystrzelisz!
    Indy poczuł, że musi zareagować. Schował webleya do kabury i przełożył bicz do drugiej ręki.
    Strzelił batem. Końcówka owinęła się kilkakrotnie wokół jego nogi. Indy pociągnął biczem z całej siły. Dało się słyszeć gruchot łamanej kości, a przy okazji krzyk Niemca.
    - I co powiesz oficerku? - powiedział Indy siedząc okrakiem na klatce piersiowej Nazisty.
    Reszta żołnierzy uciekła w strachu.
    - Wracajcie tu! - krzyczał.
    Do Indy'ego zbliżyli się przyjaciele.
    - Pozwól, że ja to załatwię. - Will wziął pistolet i przyłożył go do skroni Niemca. - Jeżeli pociągnę za spust, resztki twojego parszywego mózgu znajdą się o tam. - wskazał na przeciwległą ścianę.
    Niemiec wywrócił oczy, wyraźnie można było zaobserwować jego paniczny strach. Ale chyba każdy by się bał w takiej chwili.
    Will pociągnął za spust.
    - To za Petera. Szkopie!
    Ale zamiast wystrzału Cromwell usłyszał tylko metaliczne brzęknięcie.
    - No patrzcie, zapomniałem go naładować.
    Indy się zaśmiał. Przypomniała mu się Gale Parker i akcja w barze.
    Will spojrzał na resztę przyjaciół.
    - Chyba nasz Niemiec zemdlał. Ale ja go obudzę.
    Granger podszedł i uderzył go z całej siły w szczękę.
    Indy w tym czasie patrzył na Kreutera. Ten z kolei patrzył na oficera.
    - Wstawaj! - krzyknął Indy do Kreutera. - Idziemy po skarb.
    - A więc kłamałeś, tak jak myślałem.
    - Tak, chodźmy.
    Granger związał obu Niemców razem. Lina wrzynała się im w skórę, więc Walter poluźnił ją trochę. Prowadził ich tuż przed sobą, mając ich na muszce karabinu. Jeden fałszywy ruch i Granger pociągnie za spust.
    Will szedł obok Grangera trzymając w ręce nóż i pistolet jednego z Niemców.
    Indy trzymając Marion za rękę szli na czele. Jones opowiadał dziewczynie o swojej wcześniejszej drodze przez jaskinię.
    Indiana czuł, że musi coś jej powiedzieć. To dodawało mu w czasie przeprawy siły na dalsze działania, to było coś, co przeżył już dawno temu z Deirdre. Inne dziewczyny go tylko fascynowały na czas podróży. Z Marion było inaczej. Kochał ją i to go napędzało. Tego nie da się opisać słowami. To trzeba przeżyć, aby zrozumieć.
    - Marion. - szepnął Indy.
    - Tak?
    - Chciałbym ci coś powiedzieć. Tylko nie wiem jak.
    Marion uśmiechnęła się.
    - Po prostu wyduś to z siebie.
    Indy przełknął ślinę.
    - ...
    - Widzę po twoich oczach, że nic złego mnie nie czeka, więc mów.
    - No dobra, nie będę owijał w bawełnę.
    - Czekam.
    - Kocham cię.
    Marion zarzuciła mu ręce na szyję. Zbliżyła usta do jego ucha.
    - Ja ciebie też. - powiedziała szeptem.
    Indy przechylił głowę i namiętnie ją pocałował.
    - Czekałam na to - powiedziała i odwzajemniła pocałunek.
    Dochodzili do groty z tekstem na ołtarzu. Indy opowiedział przyjaciołom co go tu spotkało. Następnie przeszli przez otwarte drzwi do dalszej części kompleksu.
    Za drzwiami znajdował się most, po którym mieli przejść do komnaty ze skarbem.
    Granger szedł powoli po dość wąskim moście.
    Przed nim oficer zaczął cichą rozmowę z Kreuterem. Walter powiedział, żeby byli cicho.
    - Teraz! - krzyknął oficer.
    Gwałtownie odwrócili się i uderzyli na Grangera. On był jednak na to przygotowany. Usunął się im z drogi. Kreuter wpadł na Nazistę, ten przewrócił się i spadł w przepaść. Granger spojrzał na krawędź kładki. Niemiec ostatkiem sił trzymał się drewna. Kreuter chciał mu pomóc, ale Granger był szybszy. Odciął linę utrzymującą ich i Niemiec runął w przepaść...
    - To też za Petera, Szwabie!
    Kreuter patrzył na to jak zahipnotyzowany.
    - Co się tak gapisz? - Idź! - krzyknął Walter.
    Po chwili dołączyli do niego Marion z Indym i Will.
    Granger opowiedział im o zajściu na moście.
    - Chodźmy dalej. - postanowił Indy.
    Przeszli po moście na drugą stronę. Indy za pomocą dźwigni otworzył gigantyczne drzwi.
    - A oto skarb! - powiedział z największym spokojem, na jaki było go stać w tej chwili.
    Mimo że był tu przed piętnastoma minutami czuł się równie podekscytowany jak reszta grupy.
    Weszli i oniemieli.
    Indy opowiedział im o Bafomecie. Zbliżył się do stołu, a po chwili blat zaczął rozsuwać się. Z wnętrza wynurzyły się wszelkie zwoje, manuskrypty, księgi, jednym słowem wszystko co nadawało się do przeczytania. Indy wziął do ręki Księgi Pisma Świętego i pokazał Marion.
    - Boże, to one jeszcze istnieją?
    Indy patrzył także na inne teksty i stwierdził, że znajdują się tu także zwoje z bibliotek starożytnego świata.
    Will rozejrzał się po całej grocie. Po obu stronach stały majestatyczne rzeźby, pomniki, złote zbroje - greckich hoplitów, rzymskich legionistów i średniowiecznych krzyżowców. A wszystko było wykonane z najprzedniejszego złota.
    - Indy! Ile to może być warte? - spojrzał na ogrom skarbu.
    - Nie wiem! To będzie liczone w setkach miliardów tych prostokątnych papierków z wizerunkiem George'a!
    - Nieźle!
    Podczas gdy Will był zajęty rozmową z Indym, Granger patrzył przed siebie, próbował policzyć ile ton złota się tu znajduje.
    Kreuter spojrzał czy Walter nie jest zajęty pilnowaniem go. Upewnił się i ostrożnie wyjął swój nóż. Delikatnie przeciął krępujące go więzy i uwolnił się. Przewrócił niespodziewającego się niczego Grangera, podbiegł do jednej ze zbroi i porwał z niej wielki miecz.
    - I co teraz Jones? Zaraz cię zabiję! Całe lata czekałem, żeby cię dorwać. - krzyknął, przyjmując bojową postawę.
    Indy obrócił się.
    Spokojnym krokiem podszedł do zbroi krzyżowca templariusza i wyjął miecz.
    Zbliżył się do Niemca.
    Jeżeli chcesz, możemy to załatwić raz na zawsze! - powiedział Indy jednocześnie uderzając na niego.
    Szczęk zderzających się mieczów wypełnił grotę.
    Marion podeszła do Willa i Waltera i obserwowała pojedynek. Chciała jakoś pomóc Indy'emu, ale wiedziała, że on poradzi sobie.
    Walczyli oko za oko, ząb za ząb. Kreuter wymachiwał mieczem, jakby w poprzednim wcieleniu był całkiem dobrym rycerzem, niestety bez żadnych zasad moralnych.
    Indy skutecznie blokował ciosy Niemca. W pewnym momencie Kreuter potężnie uderzył na Jonesa. Indy ledwie odskoczył. W przeciwnym razie byłby już pozbawiony głowy. Niemiecki archeolog uderzył jeszcze raz. Indy poczuł jak klinga miecza wrzyna mu się w lewą rękę. Na szczęście była to tylko niewielka rana. Indy starał się chociaż raz natrzeć na Niemca, ale on lepiej władał mieczem.
    Kreuter wytrącił oręż Jonesa i miecz poleciał w kąt groty. Indy popatrzył na Niemca i stwierdził, że jeżeli nic nie zrobi, to on posieka go na kawałki. Odczepił bicz od paska i biegł w stronę Niemca. Odepchnął się od potężnego kamienia i skoczył na Kreutera biorąc zamach biczem.
    Pętelka na końcu trzymetrowego bicza uderzyła Niemca w twarz. Indy szarpnął biczem i policzek Niemca został rozerwany. Momentalnie upuścił miecz i złapał się za rozcięty policzek.
    Indy trzasnął batem ponownie i bicz zawinął się Kreuterowi wokół szyi. Jones pociągnął bicz do siebie.
    Dało się słyszeć chrupot łamanych kości. Niemiec padł martwy na ziemię.
    - To także za Petera!
    Podbiegł do Marion i przytulił się do niej.
    Granger odciągnął ciało Niemca na bok.
    Will w tym czasie podszedł do jednego ze zwojów leżących na blacie stołu. Podał go Indy'emu. Jones niechętnie wziął zwój do ręki. Był wciąż oszołomiony walką z Niemcem.
    Rozwinął go jednak. Indy przetłumaczył tytuł.
    - To jest "Historia skarbu spisana przez Jonathana Guilt'a". - krzyknął Indy.
    Jones rozwinął go tak, aby mógł go przeczytać. Zwój był opatrzony datą 28 czerwca 1776 roku. Pod datą znajdował się najbardziej znany symbol wolnomularstwa - duża litera G wpisana w splecioną z cyrklem węgielnicę.

    "Ja, Jonathan Guilt, postanowiłem spisać historię znajdującego się tutaj skarbu. Zapisałem na tym zwoju całe dzieje losu niewyobrażalnych kosztowności. Piszę z tej groty, gdyż wszyscy miejscowi Masoni się tu skrywają przed najeżdżającymi Brytyjczykami. Jakoże dostąpiłem 33., ostatniego stopnia wtajemniczenia, piszę ten zwój, aby mógł przetrwać bezpiecznie aż znajdą go prawi, lub kolejny, który dostąpił 33 stopnia.
    Zacznę od początku tej historii...
    Wszystko rozpoczęło się w Jerozolimie. Jak wiadomo w Świątyni Jerozolimskiej były przechowywane wszystkie cenne rzeczy. Mam na myśli złote przedmioty sakralne oraz inne kosztowności. W 66 roku po Chrystusie Panu Świątynia, jak i cała Jerozolima została złupiona przez Rzymian. Aby skarb nie wpadł w ich ręce, kapłani umieścili wszystkie kosztowności w ogromnych urnach, których liczba przekraczała 950 sztuk. Ukryli go w okolicznych jaskiniach, zostawiając jeden klucz do odnalezienia go - tzw. Zwój Miedziany.
    Skarb leżał w spokoju przez ponad 1000 lat.
    W 1099 do Jerozolimy przybyli krzyżowcy, a 20 lat później został utworzony przez Hugo de Payens "Frates Militiae Templi, Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis" zwany powszechnie Zakonem Templariuszy. Rycerze tego zakonu mieli strzec pielgrzymów podróżujących do Ziemi Świętej. Ale 9 rycerzy po prostu nie mogło tego robić. Po cichu prowadzili wykopaliska pod Świątynią Salomona. Natrafili na Zwój Miedziany i odkryli miejsce ukrycia skarbu. Przewieźli go do Europy, gdzie przez 200 lat istnienia zakonu wielokrotnie zwiększyli. W 1312 roku gdy król francuski razem z Papieżem Klemensem V rozwiązali zakon skarb został przeniesiony do Rosslyn w Szkocji.
    Skarb leżał w spokoju przez dobre kilkadziesiąt lat.
    Ale gdy król angielski zagroził Szkotom, sir Henry Sinclair przypłynął tu, do Ameryki wraz ze skarbem."


    - Czyli mój tato mówił prawdę! Kolumb nie odkrył Ameryki! - krzyknęła Marion
    Indy czytał dalej.

    "Skarb znowu leżał w spokoju.
    Po kasacie zakonu, my Masoni przejęliśmy go i strzegliśmy jak oka w głowie. W bieżącym roku, gdy wybuchła rewolucja w naszym kraju, postanowiliśmy przewieźć skarb w takie miejsce, gdzie nikt nie będzie wiedział, gdzie jest, a co tu dopiero mówić o skarbie.
    Wybór padł na Oak Island. Szybko wykonaliśmy szyb na brzegu wyspy, aby odciągnąć ewentualnych zainteresowanych. Jaskinię wypełniliśmy po brzegi skarbami, a jego wartości nie da się wyrazić w liczbach czy monetach.
    Wy, szczęściarze, go odnaleźliście.
    Zgodnie z tradycją przekazywaną przez właścicieli skarbu, ten kto go odnajdzie może zrobić z nim, co chce.
    Tak więc, oddajemy go w wasze ręce. Żywię jednocześnie nadzieję, że spożytkujecie go ostrożnie i po Bożemu.
    Jonathan Guilt."


    Indy skończył czytać.
    - I co na to powiecie? - zapytał uśmiechnięty.
    - Nie wiem Indy, ale to ty go znalazłeś i to ty jesteś jego właścicielem. Tak jest przecież napisane w tym zwoju. - rzekł Granger.
    Indy wzruszył ramionami.
    - Skoro tak mówicie... Ale zrobimy tak. Przekażemy go Amerykańskiemu Muzeum Historii Naturalnej, pod opiekę Marcusowi. Już on się postara o odpowiednie zabezpieczenie i każdy będzie mógł go oglądać. Ale pieniędzmi i tak się z wami podzielę. - uśmiechnął się Jones.
    - Jeżeli tak chcesz, to Bóg ci zapłać - Will wybuchnął gromkim śmiechem.
    Marion mu zawtórowała.
    - Indy, kocham cię!
    Jones podszedł do niej i objął w talii. Odchylił głowę i pocałował.
    - Indy, mam pytanko. Malutkie pytanko. Granger mi podpowiedział. Indy! Czy ty mnie słuchasz? - krzyknął Will.
    Niestety Indy był zajęty. W najlepsze całował się z Marion. Jednak gdy skończyli, zapytał się Willa.
    - Coś mówiłeś/
    - TAK! Malutkie pytanko. Tyci, tyci. Jak do cholery chcesz to stąd wywieźć?! Nasz Trimotor niestety nie jest tak pojemny. - uśmiechnął się Will.
    Wszyscy wybuchli śmiechem.


Rozdział VII

    Miesiąc później.

    - Indy, jak się cieszę, że cię znowu widzę! - krzyknął Marcus.
    Indy padł w ramiona Brody'emu.
    - Nawet nie wiesz jak ja się cieszę!
    Przez ostatni miesiąc Indy z przyjaciółmi osobiście nadzorowali przeładunek skarbu na statek. Kiedy już wszystkie kosztowności zostały załadowane, wyruszyli do Nowego Jorku, aby przekazać skarb nowo powstałemu muzeum. Na posadę kustosza załapał się jak zwykle Marcus, ale odstąpił ja Marion, która przeprowadziła się tu do Indy'ego. Brody twierdził, że to jej, jako dziedziczce skarbu należy się ta posada.
    Teraz Indy siedział w gabinecie Marcusa w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej.
    - Więc chyba jutro dasz mi jakąś darmową wejściówkę do Muzeum Skarbu? - zapytał Brody.
    - Czuj się zaproszony na koszt firmy. - Indy puścił oko.
    Marcus napił się herbaty.
    - Teraz spokojnie opowiedz mi o tym. Jak tego dokonałeś?
    Indy zrelacjonował wszystko. Kiedy doszedł do tragicznej śmierci Petera, wstrzymał głos.
    - Przykro mi Indy. Był naprawdę dobrym człowiekiem.
    Milczeli przez chwilę.
    - Wiesz? Chodźmy teraz do Muzeum. Jeszcze przed otwarciem, co? - zaproponował Indy. - Pomożesz nam sprawdzić, czy wszystko jest zapięte na ostatni guzik.
    Marcus skinął głową. Ubrał się i wyszli.
    - A, byłbym zapomniał. Proszę. - Indy wręczył kopertę Brody'emu.
    Marcus był zaskoczony.
    - Co to jest?
    - Otwórz!
    - Zaproszenie na twój ślub! Boże, Indy, gratuluję!
    - Dzięki, że mnie wtedy wysłałeś. Gdyby nie ty, to nigdy bym jej nie poznał. Wielkie dzięki, przyjacielu.
    Przeszli kilkanaście metrów.
    Indy spojrzał na niebo. Słońce chyliło się ku zachodowi. Leniwe promyki przesuwały się po budynkach Manhattanu. Po kilku minutach Słońce zaczęło chować się za bezkresnym horyzontem.
    - A, ja też mam dla ciebie sprawę. Widzisz, Niemcy znowu dali znać o sobie. Szukają Agharty gdzieś w Afryce.- wiesz tej podziemnej krainy.
    - Nie. Nie zgadzam się. Nigdzie nie jadę! - powiedział Indy.
    - Ok., ok. Żartowałem. Chyba nie miałbym serca, gdybym cię teraz gdzieś wysłał. Marion by mnie przecież zabiła.
    - Chociaż... Powiedz dyrektorowi, że się namyślę. Może za jakiś miesiąc? Aha, jeden warunek. Jadę ja, Marion, Will, Granger i ... ty.
    - Ale...
    - Żadnych pytań. Chodźmy, bo się spóźnimy i Marion nas nie wpuści.
    - Ale Indy! Ja ci przecież mówiłem, że się nie nadaję na wyprawy.
    - Cicho, cicho. Przyda ci się trochę ruchu. Wreszcie poznasz, drogi przyjacielu, co to znaczy prawdziwa przygoda - niebezpieczeństwo, dreszczyk emocji i szkoła przetrwania. Jeszcze jedno. Wejście do Agharty jest podobno na pustyni, a na pustyni jest wiele skorpionów.
    - Indyyy! Proszę się...
    - Co? Przezwyciężysz strach! Ja też tak kiedyś musiałem...

KONIEC


    Autor: Tomek Kornacki
© Publikacja za wiedzą i zgodą autora.
       Sonda
Jak oceniasz
tę stronę?


Bardzo dobra
Dobra
Może być
Kiepska
Beznadziejna
       Zagłosuj !


       Reklama



Allegro - największe aukcje internetowe, najniższe ceny! Kup i sprzedaj!

       Nagrody


© Copyright 2001-2010 by Szuja. All rights reserved.