Indiana Jones Site
       Indy Site
 Newsy
 Forum
 Indiana Jones Wiki
 Bannery i buttony
 Linki
 Chcesz pomóc?
 Konkursy
 O stronie
 O autorze
 Mapa strony
 Kontakt
       Filmy
 Poszukiwacze
    Zaginionej Arki

 Świątynia Zagłady
 Ostatnia Krucjata
 Królestwo Kryształowej
    Czaszki

 Przygody młodego
    Indiany Jonesa

 Indy na DVD
       Gry
 Emperor's Tomb

 Recenzje
 Galeria
 Postacie
 Lokacje
 Artefakty
 Muzyka
 Solucja
 Last Crusade
 Fate of Atlantis
 Infernal Machine
       Książki
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Komiksy
 Wydane w Polsce
 Wydane za granicą
       Publikacje
 Artykuły
 Wywiady
 Poradniki
       Fandom
 Galeria
 Filmy
 Opowiadania
 Kolekcje
 Fanklub
       Download
 Filmy
 Muzyka
 Tapety
 Napisy
 Ikony, kursory i czcionki
 Avatary

  Recenzje
    - Ocena: 9/10 , autor: Jakub Cieślak - Recenzja #1
    - Ocena: 9/10 , autor: Łukasz Pietrzak - Recenzja #3
    - Ocena: 8/10 , autor: Alan "Thufir" Orman - Recenzja #2
    - Ocena: 8/10 , autor: Lizuss - Recenzja #7
    - Ocena: 7/10 , autor: El General Magnifico - Recenzja #4
    - Ocena: 6/10 , autor: Adam Leszczyński - Recenzja #6
    - Ocena: 4/10 , autor: Wojciech "Spook" Sura - Recenzja #5
Recenzja #4
Niedziela, 12 października 2003

    Indiana Jones to mój ulubiony bohater, najpierw filmowy, potem towarzysz trzech bardzo ciekawych gier. W kolejnych tytułach poszukiwał Świętego Grilla (tfu! zgiń, przepadnij!), Graala, wbrew własnej woli brał udział w tropieniu śladów zaginionej Atlantydy i przemierzał kontynenty, by zniszczyć starożytny artefakt, grożący światu zagładą.

    Teraz zaś dostałem w ręce kolejny odcinek przygód Jonesa Juniora. Kopia jeszcze ciepła, prosto od dystrybutora. Po złożeniu Mac Abrze straszliwej przysięgi, że oddam ją w obce ręce wyłącznie razem z życiem, po bohaterskiej obronie, która zmieni Wrocław w kupę zgliszczy (co prawda, już nazajutrz, czyli w dzień wiekopomnej premiery, dotarły mnie słuchy, że piraci też ją mają...), trafiła wreszcie w moje drżące z emocji dłonie. Uruchomiłem ją... i po chwili zacząłem kląć tak, że redakcja błyskawicznie opustoszała. Nie, żeby chłopcy nie byli przyzwyczajeni do słów ciężkich i zawiesistych, jedynie Wielebny Qn'ik ich nie używa, ale gdzie tam terminatorom do mistrza! A miałem powód, jak pragnę zaćwierkać!

    PODCZAS! GRANIA! W! "INDIANA JONES AND THE EMPEROR'S TOMB" NIE! MOŻNA! DOKONYWAĆ! ZAPISU! GRY! W! DOWOLNYM! MOMENCIE! SACRRRREBLEUDONNERRRRWETTERRRR!

    Wiem, co jest tego przyczyną. Powoli zaczynam mieć dość pazerności twórców gier. Nie można być w ciąży częściowo. Nie da się zrobić gry, która by łączyła zalety wszystkich platform. Jest to prawda powszechnie znana. Czemu zatem P.T. deweloperzy usiłują pogodzić ogień z wodą? Spartolili mi ulubioną grę i nie jestem nawet pewien, czy powinienem pisać jej recenzję, bo wściekłość pozbawia mnie bezstronności. Ale... uspokójmy się i przejdźmy do rzeczy.

    Przede wszystkim nie cierpię, kiedy mi się zmienia styl gry. Pierwsze dwie produkcje, których bohaterem był dzielny i przedsiębiorczy archeolog, należały do klasycznych gier przygodowych. W obu zdarzały się co prawda elementy Action Game, kiedy to Indiana musiał przekonywać niemilców raczej argumentami siły niż siłą argumentów, ale nie było ich za wiele (a i tak kluczowego niemieckiego twardziela w "Indiana Jones and the Fate of Atlantis" trzeba było pokonać sposobem). Potem pojawiła się gra "Indiana Jones i Piekielna Machina"...

    Tej grze zmieniono charakter w sposób zasadniczy. Indiana, który do tej pory ograniczał się jedynie do doraźnego tłuczenia przeciwnikom pysków, ruszył przez życie niczym skrzyżowanie Rambo z Kubą Rozpruwaczem. Mordował coraz sprawniej - i z człowieka niezwykle przedsiębiorczego, który potrafił przebyć zionącą ogniem przepaść posługując się klepką ze starej beczki, dwiema agrafkami i wałkiem do ciasta, stał się cyrkowym niemal akrobatą, który umie co prawda przeskoczyć tę przepaść jednym susem, strzelając do sześciu komuchów ukrytych za skałami (i kładąc trupem przynajmniej ośmiu z nich), ale działalność mózgu zredukował niemal do zera. Na domiar złego w grze znikły gdzieś wszelkie linie dialogowe, a ja (jak zresztą większość ludzi) jestem wzrokowcem.

    I oto mamy grę "Indiana Jones and the Emperor's Tomb". Jest rok 1935. Niemcy szykują się do wojny. Adolf Ząbkowłosy pragnie władzy nad światem, całej władzy nad światem i tylko władzy nad światem. Nasz ulubiony archeolog tymczasem znajduje się na Cejlonie, gdzie penetruje starożytną świątynię i dość niespodzianie natyka się nie tylko na zwykłe przeszkody (zapadnie, spadające nagle kamienne bloki, czy zaciskające się ściany), ale i zdecydowanie niemiłych rywali. Początkowo zresztą w ogóle nie wie, o co chodzi i czym zasłużył sobie na ich wrogość. Dopiero po wydostaniu się z Cejlonu i powrocie na rodzimą uczelnię, Indiana, po odwiedzinach chińskiego marszałka Kai i jego asystentki, dowiaduje się (a ty z nim), na czym będzie polegało jego zadanie.

    Potem nasz bohater będzie zapuszczał się w zakamarki Pragi (Cesarz Rudolf z zamiłowaniem oddawał się naukom tajemnym i za jego to panowania rabbi ben Becalel stworzył Golema), Stambułu, Hong-Kongu i zaglądał w inne miejsca (np. sekretną bazę niemieckich łodzi podwodnych), by znaleźć Serce Smoka vel Czarną Perłę - starożytny artefakt, który może zjednać swemu posiadaczowi serca innych władców światowych potęg i źle użyty może zagrozić całemu światu. (Ech, ta oryginalna fabuła...)

    Przeciwnikami naszego mistrza bata będą zwykłe opryszki, niemieccy żołnierze i oficerowie, twardzi Arabowie z szablami i karabinami maszynowymi, chińscy "kung-fu warriors", strażnicy świątynni z lubością używający kusz, a także rozmaite zwierzaki (krokodyle, w tym jeden baaaardzo wielki, rekiny, jeden kraken w towarzystwie meduz) oraz przeciwnicy niesamowici (umarlaki, ożywione posągi, opętani wojownicy, bliźniacze, ale śmiertelnie niebezpieczne siostry - i nawet jeden niewidzialny smok - nie inaczej!).

    Do pokonania wrogów Indy będzie miał niezły arsenalik: pistolety, karabiny, maczety, łopaty (owszem, używanie łopaty w walce jest - widać - jednym z przedmiotów wykładanych na amerykańskich uniwersyteckich wydziałach archeologicznych). Do tego także przedmioty zwykle niegroźne, ale w dłoniach Indiany Jonesa niebezpieczniejsze od rozpylacza w ręku Rambo - np. nogi stołowe. I oczywiście znak firmowy Jonesa - jego słynny bat, którym Indy sobie pomaga i gdy przyjdzie do bitki, i gdy trzeba pokonać skalny występ.

    Poza tym, Indy, który jeszcze w poprzedniej grze nie potrafił walić jak mutant wyhodowany z plazmy komórkowej Jackie Chana, van Damme'a i Stevena Seagala, teraz bije z dołu w górę, z góry na ukos, podkręcanym hakenkreutzem, zezowatym uppercutem, podwójnym pilsnerem i kilkoma innymi ciosami, których nazwy pozapominałem ale jeszcze mi tkwią pod powiekami, tak są malownicze. Nie myślcie zresztą, że Indy będzie w grze sam - od czasu do czasu na jego drodze będzie się pojawiać piękna Chinka, mająca nogi do samej szyi, Mei Ying. Ta zresztą od początku budzi silne podejrzenia, a potem się okazuje... Nie, nie będę psuł nikomu zabawy, bo ta w sumie jest niezła. Podczas gry Indy weźmie też na przykład udział w pasjonującym wyścigu riksz na ulicach Hong-Kongu, i w walce na ruchomych łodziach. Będzie działał "per fas et nefas", i by ratować świat nie zawaha się nawet przed strzeleniem do człowieka, gdy ten stoi tyłem - nie wiem, jak się to ma do ideałów człowieczeństwa, w obronie których rzekomo staje, ale mnie się to wszystko przestaje podobać.

    Od razu trzeba zaznaczyć, że intelekt, potrzebny do ukończenia gry jest mniej więcej taki, jakiego wymaga wypicie kufla piwa. Koniec z kombinacjami, jak otworzyć wrota do Atlantydy, jak wśród setek innych Arabów odszukać sługę algierskiego handlarza antykami, albo uruchomić Machinę Bogów w podziemnych pałacach Atlantów. Prąc przed siebie niczym jednoosobowy, ruchomy Armageddon, Indiana natyka się na dźwignie, łańcuchy, głowy posążków, a gra oczywiście od razu mu podpowiada , co ma z nimi zrobić. Potem w ładnie zrobionej animacji pokazuje, jaki jest skutek tych czynnosci. Zero namysłu, sama akcja.

    Nie wiadomo też, gdzie się podziało słynne zgryźliwe poczucie humoru naszego archeologa. Nawet głupim Niemcom Indy nie potrafi się odciąć jak należy. Odnoszę wrażenie, że cała para poszła mu w pięści. Największą trudność może graczowi sprawić odszukanie ukrytych monet w zatopionej świątyni, bo Indy nie ma płuc jak Guybrush Threepwood (który, jak wiadomo, pod wodą potrafił wytrzymać do dziesięciu minut), ale w końcu i z tym można się uporać. Każdemu tryumfowi umysłu Indiany towarzyszy radosny motyw muzyczny - i zaraz zaczynasz czuć taką pychę, że z pogardą gotów jesteś odrzucić zaproszenie do Mensy.

    Gra ma dość osobliwy engine - nie uwierzycie, ale wielokrotnie zdarzało mi się coś, czego dawno już nie doświadczyłem - bohater utykał np. w ścianie! Dość niezgrabnie też przenosi się na rękach po rozmaitych krawędziach, ale za to potrafi pięknie się turlać, a nawet wykonywać w powietrzu salto, jakiego byłby mu pozazdrościł Jet Li.

    Z drugiej strony, trudno nie zauważyć, że choć Indy potrafi bez zadyszki wspiąć się po linie choćby na wysokość Empire State, upadek czy zeskok choćby z łokciowej wysokości poważnie narusza jego zdrowie, jakby cierpiał na zaawansowaną osteoporozę. Szybko jednak dochodzi do siebie, gdziekolwiek bowiem znajdzie wodę, nabiera ją do manierki, w której zwykły podtlenek wodoru natychmiast nabywa cudownie leczniczych właściwości. Podejrzewam, że manierka Indiany jest tą, w której uprzednio przechowywano słynną "żywą wodę" z filmu "Ostatnia Krucjata" i jeszcze jej trochę zostało na dnie. Dr Jones nie może też otworzyć większości drzwi, choć nie jest to chyba przesadny wysiłek fizyczny ani intelektualny. I jeszcze jedna ciekawostka - w tej grze wymyślono niepalny alkohol. Butelka brandy rzucona w płonący kominek nie wywołuje żadnego efektu. Nie jest to szczególnie dokuczliwe, ale takie niekonsekwencje nieco rażą. Na koniec "czepków" uwaga herpetologa: Indy w grze musi stawiać czoło szczurom, krokodylom, rekinom... czemu nie swoim ulubieńcom, wężom?

    A skoro już się zgadało o logice: trudno uwierzyć w istnienie, choćby i na Cejlonie, gigantycznych świątyń, w których wierni na wrotkach musieliby przez kwadrans jeźdźić od wejścia do pierwszego filaru i tych piekielnie rozległych podziemi, w których buszują krokodyle wielkie jak pancernik "Bismarck" (czym one się tam żywią?). Owszem, piękne to i malownicze, ale niewiarygodne. Niemieccy agenci w melonikach i surdutach też jakoś nie budzą grozy, jaką powinni, choć spod tych surdutów z zaskakującą chyżością wyjmują wielkie Lugery z tłumikami.

    A właśnie! Nie wiadomo czemu niemal wszyscy niemilcy używają pistoletów z tłumikami. Pewnie dlatego właśnie strzelają tak mało celnie. Bardzo za to niebezpieczni są chińscy wojownicy, którzy mają niemal nieodparte kombinacje ciosów... i dość miękkie szczęki.

    Jeszcze jedna uwaga dotyczy czasu ładowania się gry. Bawiłem się nią na całkiem niezłym sprzęcie (Athlon 2000, 528 MB RAM), a kiedy przychodziło do załadowania jakiegokolwiek etapu, mogłem spokojnie wyjść, by zaparzyć sobie herbatę. Przesadzam? Nawet jeżeli, to niewiele.

    Interesująco wyglądają kolejne poziomy gry. Jest ich dziesięć. Naszemu bohaterowi trafi się nawet obrona sterowca przed atakami samolotów. Najbardziej mnie jednak zdumiewa pewność siebie, z jaką twórcy gry każą mi wierzyć w te wszystkie śmigające z boku gilotyny, walące się z góry ostrza, wyskakujące spod podłogi szpikulce i tak dalej. Wyobraźcie sobie strażnika takiego skarbca, który podczas kolejnej warty dostaje, np. biegunki i musi szybko pobiec do wygódki, mijając po drodze te wszystkie niespodziewajki. Nic mi też nie wiadomo o straszliwych krakenach rezydujących w morzu Marmara. Ale nie narzekajmy - chłopaki z LucasArts sporo się w końcu napracowali. (Zaskoczy was pewnie wiadomość, że do powstania gry przyłożyli ręki i rosyjscy programiści). To, że gra nie okazała się dla intelektualistów, nie musi być jej największą wadą.

    Najbardziej irytującą z jej złych stron jest ta, o której napisałem na samym początku - nie można zapisać gry w dowolnym miejscu. Powoduje to konieczność wielokrotnego przechodzenia tych samych jej elementów, kiedy naszego bohatera zmogą przeciwności losu albo wrogowie. Nie ma nic bardziej jałowego niż kolejne wykonywanie skoków, obrotów, ponowne wymykanie się tym samym przeciwnikom i tak dalej, aż do krytycznego momentu. Wydłuża to niepomiernie czas gry - co jest chyba jedynym powodem zastosowania takiego rozwiązania.

    Co prawda, twórcy mogą się bronić stwierdzeniem, że przedłużają nie czas gry, a przyjemność z niej wynikającą, ale wątpliwy to argument i wątpliwa przyjemność, do której się mnie zmusza. A przecież już "Soldier of Fortune" miał możliwość własnego określania stopnia trudności gry, a jednym z jego elementów była określana przez samego gracza ilość zapisów podczas jednego etapu - twardziele w ogóle mogli z nich zrezygnować. Nie lubię, jak się mnie uważa za idiotę, który sam nie wie, co dla mnie dobre. Możliwość samodzielnego dokonywania zapisów stanu gry jest - być może - moją idee fix, ale każdy (jak mówią Rosjanie) "po swojemu s uma schodit".

    Jest przecie w tej grze kilka rzeczy, którym należy się uznanie. Aktor użyczający głosu Indianie Jonesowi (David Esch) nie jest wprawdzie Harrisonem Fordem, ale robi to tak dobrze, że różnicy się prawie nie zauważa. I oczywiście jest słynny motyw z "Raiders of the Lost Ark", który zawsze miło usłyszeć. Efekty dźwiękowe też są w porządku.

    Żeby już dłużej nie nudzić - w swojej klasie gra jest bardzo dobra, a wymienione przeze mnie wady są - być może - wadami tylko w moich oczach. Efektowna grafika, świetna muzyka, bardzo ciekawie zaplanowane poziomy... czego więcej chcieć? Może wszystkie moje zgryźliwe uwagi wynikają ze zbyt wysokich oczekiwań?

    Ocena: 7/10 , autor: El General Magnifico
© CD-Action. Wszelkie prawa zastrzeżone. Publikacja za wiedzą i zgodą redakcji. www.cdaction.com.pl
       Sonda
Która gra podobała ci się najbardziej?

Last Crusade
Fate of Atlantis
Infernal Machine
Emperor's Tomb
       Zagłosuj !


       Reklama



Allegro - największe aukcje internetowe, najniższe ceny! Kup i sprzedaj!

       Nagrody


© Copyright 2001-2010 by Szuja. All rights reserved.