|
Indy Site
|
|
|
|
|
Filmy
|
|
|
|
|
Gry
|
|
|
|
|
Książki
|
|
|
|
|
Komiksy
|
|
|
|
|
Publikacje
|
|
|
|
|
Fandom
|
|
|
|
|
Download
|
|
|
| |
|
|
|
Recenzje
|
- Ocena: 9/10 , autor: Jakub Cieślak - Recenzja #1
- Ocena: 9/10 , autor: Łukasz Pietrzak - Recenzja #3
- Ocena: 8/10 , autor: Alan "Thufir" Orman - Recenzja #2
- Ocena: 8/10 , autor: Lizuss - Recenzja #7
- Ocena: 7/10 , autor: El General Magnifico - Recenzja #4
- Ocena: 6/10 , autor: Adam Leszczyński - Recenzja #6
- Ocena: 4/10 , autor: Wojciech "Spook" Sura - Recenzja #5
Recenzja #5
Sobota, 7 lutego 2004
Fanem Indiany Jonesa, znanego pewnie wszystkim sympatycznego archeologa, byłem od zawsze. Trudno powiedzieć, dlaczego - może dlatego, że pokazuje, iż nawet najbardziej, wydawałoby się, nudna dziedzina nauki może być szalenie fascynująca. Do dziś przygotowuję sobie miejsce przed telewizorem godzinę przed emisją którejkolwiek części jego przygód - mógłbym oglądać je sto razy i nigdy by mi się nie znudziły.
Przygodę z grami o Indym rozpocząłem od "Indiana Jones and the Fate of Atlantis". Z rozrzewnieniem wspominam moment, w którym odpaliłem demko... Pamiętam, jak siedziałem nad nim kilka tygodni, aż wreszcie wpadłem na pomysł, jak rozwiązać prostą zagadkę, dostać się pod wodę do zatopionego wejścia do mitycznej wyspy, ustawić odpowiednią kombinację kamiennych dysków... i przeklinać twórców, którzy zepsuli mi zabawę w najbardziej ekscytującym momencie. Tekst Indy'ego "Gdyby to nie była wersja DEMO, to prawdopodobnie coś by się stało" do dzisiaj śni mi się po nocach.
W tejże części przygód Indy'ego uderzyły mnie dwie rzeczy... Po pierwsze perfekcyjna wręcz, jak na owe czasy, grafika. Gra pracowała pod rozdzielczością, jeśli dobrze pamiętam, 640x480 oraz przy 256 kolorach, ale wszystkie lokacje wykonane były bardzo starannie, kolorystyka była żywa i doskonale budowała klimat gry. Drugą rzeczą, która wzbudziła we mnie zainteresowanie, była świetnie przygotowana fabuła. Przyznam, iż nie zdziwiłem się zbytnio, gdy usłyszałem, iż gra powstała na bazie przygotowanego filmowego scenariusza - gdy przechodziłem kolejne lokacje, nie czułem się jakbym oglądał film, lecz jakbym wręcz uczestniczył w wydarzeniach, które miały miejsce na ekranie mojego komputera.
Drugą grą, do której się zapaliłem, była "Indiana Jones and the Infernal Machine". Z wielkim pobłażaniem słuchałem opowiadań kolegi o kolejnej części wirtualnych przygód Indy'ego - nie raz boleśnie przekonałem się, że sequele zazwyczaj niszczą cały klimat budowany w poprzednich wersjach. Siadłem jednak przed klawiaturą i przylepiłem się do niej natychmiast, bo gra okazała się świetna - całość dziejąca się w całkiem nieźle wyrenderowanym świecie 3D, co paradoksalnie tylko poprawiło klimacik. Cała gra opiera się na rozwiązywaniu zagadek, sporadycznie tylko pojawiają się ruscy, których wystarczy przepędzić kilkoma strzałami z rewolweru. Mimo, iż "Indiana Jones and the Infernal Machine" powstała po "Tomb Raiderze" z którego, prawdopodobnie po cichu zerżnięto pomysł na grę, jest od niej o wiele lepsza - głównie dlatego, że zabijanie i strzelanie nie jest głównym celem gry. Bez choćby odrobiny myślenia, nie da się przejść praktycznie żadnego poziomu (no, może pomijając pierwszy, treningowy). "Indiana Jones and the Infernal Machine" stała się dla mnie jak dotąd niedoścignionym wzorem gry przygodowej w świecie 3D.
Po dwóch tak świetnych grach z szalonym zainteresowaniem zasiadłem do "Indiana Jones and the Emperor's Tomb". Zastanawiałem się, czy LucasArts pozostanie nadal jedyną firmą, która wyprodukowała sequel nie będący doszczętną porażką...
Zaraz po uruchomieniu gry rzuca się w oczy genialnie zrobione menu. Kamera wjeżdża przez korytarz z posągami do dużego pomieszczenia wypełnionego różnymi artefaktami. Wybieranie różnych opcji menu powoduje ustawianie się kamery na określonych obiektach, tak więc gdy wybieramy poziom trudności, kamera ustawia się na trzech figurkach spośród których możemy wybierać (pierwsza to poziom łatwy, druga - średni, trzecia - trudny), natomiast ekran ustawień dźwięku ma w tle gong. Gdy wybierzemy nową grę, kamera zjeżdża na książkę umieszczoną przed tronem, z której wybieramy akt od którego chcemy rozpocząć grę. Gdy dokonamy wyboru, kamera cofa się, aby wyjechać przez otwór w suficie... Po takim wstępie oczekiwałem rewelacji. I, niestety, zawiodłem się.
Indym, w przeciwieństwie do "Indiana Jones and the Infernal Machine", poruszamy się nie tylko samą klawiaturą, lecz również myszką, co natychmiast przywołało mi przed oczy obraz "Quake'a III" z archeologiem w roli głównej. Ofuknąłem się jednak od razu - jestem bowiem konserwatystą, a sterowanie klawiaturą i myszą to w tej chwili standard w grach 3D. Rychło jednak okazało się, iż moje pierwsze wrażenie nie zawiodło mnie: podczas walk bardzo łatwo stracić orientację, co, gdzie i kiedy. Dodatkowo pływanie pod wodą zostało wobec wcześniejszej wersji zmodyfikowane i zamiast sterować jak w każdej grze, w której porusza się pod wodą czy w powietrzu: dół to góra i vice-versa, trzeba myszą niczym celownikiem pokazywać Indy'emu, gdzie ma płynąć. Trzy razy pożarły mnie aligatorki zanim nauczyłem się tej, przecież prostej sztuki.
Zacząłem się więc poruszać w nowym świecie i od razu poczułem zawód - prędkość ruchów Indy'ego jest nienaturalnie wysoka, wspięcie się na występ skalny z pełnego zwisu zajmuje mu nieco ponad sekundę (podczas gdy każdy zdrowy człowiek gramoliłby się pewnie dłuższą chwilę). Wspomniałem "Infernal Machine", gdzie poruszanie się było w miarę realistyczne. Kolejnym elementem dosyć psującym zabawę jest fakt, iż Indy, wspinając się gdziekolwiek, cały czas dyszy jak nie leczony astmatyk, a wejście na półkę znajdującą się na wysokości kolan nie powinno przecież nikomu sprawić większych trudności.
Po przejściu części poziomu uwidacznia się kolejny negatywny aspekt gry - ciągłe bijatyki. Gdy chodziłem po pierwszym poziomie, co rusz napotykałem bliżej nie zidentyfikowanych kolesi (do tej pory nie mam pojęcia, kim są) - w momencie takich spotkań zbyt wiele się nie myśli, wystarczy podejść, kliknąć lewy-prawy-prawy-lewy-prawy, wysłać gostkowi serię godną "Tygrysa" Michalczewskiego i obejrzeć, jak po takich ciosach, po których koleś powinien (jeśli nie z wstrząsem mózgu, to przynajmniej nieprzytomny) leżeć na ziemi, wstaje i bez widocznych zadraśnięć kontynuuje walkę. W porównaniu z poprzednimi częściami jest to dla mnie ogromny minus. Poza tym znów w myślach przywołałem obraz pojawiającego się na ekranie napisu: "5-hit combo: 5000 pts!!!". Ale idźmy dalej...
Następnym nieprzyjemnym zgrzytem był też dla mnie pewien brak zagadek. Wystarczyło iść przez poziom, każda dźwignia od razu otwierała potrzebne drzwi, za którymi niemal zawsze czaił się jakiś zły koleś z shotgunem, który nie robił w tamtym miejscu nic poza oczekiwaniem na Indy'ego. Miejsca na zaczepienie BIJa (Bicza Indiany Jonesa) były tak widoczne, że chyba tylko obwieszenie ich neonami mogłoby je bardziej wyeksponować... to bolało. Wspomniałem poprzednie części, gdzie trzeba było chwilę pomyśleć, zanim przeszło się dalej - pamiętam niejednokrotne radosne "ahaaaa!" uwieczniające przejście fragmentu, nad którym męczyłem się długą chwilę. Nie przeszedłem jeszcze całej gry, więc mam nadzieję, iż sytuacja ta ulegnie zmianie...
Minusem jest również totalny brak realizmu w niektórych lokacjach. Ot - choćby miejsca z Milczącymi Strażnikami. Nie mam zielonego pojęcia, kto w tak doskonale dobranych miejscach poukładał pieczołowicie po trzy czaszki na kopczyku - chyba specjalnie po to, żeby je podnieść i rzucać. Nie wiem również, dlaczego nieco przerośnięty aligator rozwalił most prowadzący do pierwszego artefaktu właśnie wtedy, kiedy ja się tam pojawiłem... Most ten stał tam nienaruszony przez kilka, a może kilkanaście wieków, a sympatyczne zwierzątko wpadło na pomysł, żeby naśladować delfina właśnie teraz... Jeszcze jedną rzeczą, która mnie doszczętnie dobiła, był fragment z ostrzami wylatującymi z podłogi. Jakim cudem ta machineria przetrwała tyle czasu wciąż działając - nie mam pojęcia. Ktoś może powiedzieć: "Czepiasz się". A i owszem, czepiam, ale spójrzmy wstecz: w "Infernal Machine" wszystkie pułapki miały choć namiastkę realizmu, zawsze aktywowało je wdepnięcie w jakąś płytę, stąpnięcie po skruszonych płytach w podłodze. Słowem - to mogło mieć miejsce w rzeczywistości. A tu?
Kolejnym szokiem był dla mnie brak charakterystycznego głosu Indiany przy jego wypowiedziach. Nie orientuję się zbyt dobrze, kto podkładał głos w "Infernal Machine", ale jeśli nie był to sam Harrison Ford, to był to lektor, który potrafił ów głos perfekcyjnie wręcz naśladować. "Emperor's Tomb" nie zachwyca, bo głos lektora ledwo przypomina głos Indy'ego - od razu czuje się, że to nie ten sam Indy, co kiedyś. Muzyka natomiast jest zachowana na dosyć przyzwoitym poziomie, co bardzo cieszy.
Gdy doszedłem do miejsca, w którym każdy normalny człowiek by zapisał grę, odkryłem z przerażeniem, iż czegoś takiego jak savegame w "Emperor's Tomb" nie ma! Stanowi to ogromny minus, ponieważ lokacje z pułapkami są zazwyczaj rozległe, a jeden błąd może zniweczyć pół godziny pieczołowitego "przechodzenia" przez kolce, rozpadliny, podłogi-pułapki, czy wysoko usytuowane platformy (o przerośniętych zwierzakach nie wspominając).
Warto byłoby rzec jeszcze słowo o grafice - tu zaskoczenie było miłe. Lokacje są dosyć naturalne, tła bardzo ładnie komponują się z samymi poziomami, a "efekty specjalne" (czyli woda, ogień i promienie słońca przenikające przez szpary w sufitach) są bardzo staranne i cieszą oko. Ruchy postaci są w miarę wiernie odwzorowane, a i do fizyki przyczepić się raczej nie da. Plusem jest np. fakt, że teraz to my decydujemy, kiedy Indy ma puścić bat podczas huśtania się, a nie, jak w poprzedniej wersji - komputer.
Dodatkowym miłym zaskoczeniem była inteligencja przeciwników. Wybiłem batem jednemu z wrogów shotguna z rąk, dołożyłem mu z piąchy i nagle dostałem śrutem po karku, bo drugi ze złoczyńców dobiegł, podniósł broń i od razu jej użył.
Podsumowując: moim zdaniem zagorzali fani Indy'ego i jego przygód w wirtualnej przestrzeni mogą być niemile zaskoczeni. Zamiast w stronę wspomnianej przygody, gra posunęła się raczej w stronę akcji - realizmu często boleśnie brak i - co najgorsze - brakuje czasem "Indy'ego w Indym", czyli to nie jest już nasz "stary", dobrze znany archeolog. Gdy jednak popatrzymy na grę pod kątem współczesnego gracza, prezentuje się dosyć atrakcyjnie - lokacje porozrzucane po całym świecie, ładna grafika, realistyczne dźwięki, wartka akcja - słowem grać, nie umierać.
Na zakończenie chciałbym wyrazić moją cichą nadzieję, iż kręcona kolejna część sagi o Indym, w której główną rolę będzie grał niezastąpiony Harrison Ford, nie będzie dla mnie takim rozczarowaniem jakim stała się "Indiana Jones and the Emperor's Tomb".
Ocena: 4/10 , autor: Wojciech "Spook" Sura
© Publikacja za wiedzą i zgodą autora.
| |
| |
|
|
Sonda
|
|
| |
Zagłosuj !
|
|
|
|
Reklama
|
|
|
|
Nagrody
|
|
|
|