|
Indy Site
|
|
|
|
|
Filmy
|
|
|
|
|
Gry
|
|
|
|
|
Książki
|
|
|
|
|
Komiksy
|
|
|
|
|
Publikacje
|
|
|
|
|
Fandom
|
|
|
|
|
Download
|
|
|
| |
|
|
|
Recenzje
|
- Ocena: 9/10 , autor: Anakha - Recenzja #1
- Ocena: 8/10 , autor: Wojciech "Spook" Sura - Recenzja #3
- Ocena: 5/10 , autor: Jakub Cieślak - Recenzja #2
Recenzja #3
Niedziela, 15 lutego 2004
Z czym kojarzą mi się gry przygodowe? Otóż z nieśmiertelnym systemem SCUMM, na którego pomyśle opartych zostało mnóstwo przygodówek. Pamiętacie poprzednie gry o przygodach Indy'ego? "Day of the Tentacle"? "Sam & Max : Hit the Road"? Wszystkie przygody oparte były o schemat: podnieś, popchnij, pociągnij, otwórz, użyj... Z niekłamanym zaciekawieniem zasiadłem więc przed pierwszą grą przygodową - w którą grałem - wyrenderowaną w trójwymiarze.
Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Oto wreszcie nie podpowiadasz Indy'emu, gdzie ma iść i co ma robić, lecz to właśnie ty jesteś słynnym archeologiem - przemierzasz opuszczone świątynie, tajemnicze piramidy i malownicze laguny. Zabrałem się więc do grania...
Indym sterujemy przy pomocy klawiatury. Klawiszologia nie jest zbyt skomplikowana - ogranicza się do kilku przycisków odpowiedzialnych za skoki, kucanie, turlanie się i strafe. Poziom pierwszy - treningowy - doskonale spełnia swoje zadanie i bardzo szybko można nauczyć się sprawnie poruszać.
Pomny świetnie namalowanych lokacji w "Indiana Jones and the Fate of Atlantis" zwróciłem szczególną uwagę na grafikę i muszę przyznać, że choć nie stoi ona na bardzo wysokim poziomie, to jednak jest bardzo starannie wykonana. Tekstury są dobrze dobrane do powierzchni, które imitują, ściany wnętrz piramid pokrywają tajemnicze hieroglify, pokoje opuszczonej świątyni w górach Kazachstanu pokryte są dziwnymi malowidłami, a o wnętrzu tytułowej Piekielnej Machiny nie ma co się rozpisywać - to trzeba po prostu zobaczyć.
Przygody Indy'ego toczyły się zwykle w różnych zakątkach świata - "Infernal Machine" nie jest tu, bynajmniej, wyjątkiem. Podróżujemy przez - wspomniane już - zaśnieżone góry Kazachstanu, lagunę Palawan i azteckie świątynie w środkowej Ameryce... aż do Piekielnej Machiny ukrytej gdzieś w Babilonie. Muszę przyznać, iż graficy z LucasArts wykonali kawał dobrej roboty, jako że każda z lokacji jest przedstawiona bardzo realistycznie i trudno oprzeć się czasem wrażeniu, że oglądamy trochę zniekształcone zdjęcia, a nie gramy na komputerze.
Kluczowym aspektem budującym klimat gry są dźwięki. Gra pozbawiona jest generalnie muzyki, co jest - wbrew pozorom - atutem, ponieważ staje się przez to bardzo realistyczna. Oczywiście tradycja jest kontynuowana i każde użycie bata na występie skalnym, belce stropu czy innym wystającym fragmencie otoczenia wieńczone jest charakterystycznym fragmentem marszu z "Poszukiwaczy Zaginionej Arki". Nieliczne wstawki dźwiękowe budują jednak niesamowity klimat. Idę sobie, na przykład, korytarzem, słyszę charakterystyczne dźwięki fortepianu, które zazwyczaj można usłyszeć w filmach, gdy na bohatera czai się jakieś niebezpieczeństwo... i w ostatniej chwili zatrzymuję się przed oznaczonymi symbolem czaszki płytami, które uruchamiają pułapkę. Dodatkowo każdy poziom rozpoczynany jest przez krótką sekwencję muzyczną, która perfekcyjnie dopasowana jest do scenerii lub miejsca na świecie, w którym Indy właśnie się znajduje.
Oprócz muzyki słychać też mnóstwo innych dźwięków. Nieodłączny jest oczywiście gwizd wiatru, który usłyszeć można, gdy chodzimy po głębokich podziemiach, chrupot odpadającego tynku, gdy wspinamy się po starych, obtłuczonych ścianach. Pływanie pod wodą owocuje przytłumionymi, głuchymi dźwiękami i tak dalej - w zależności od miejsca i sytuacji, w której Indy się znajduje. Jakość dźwięków jest świetna, a ponadto wykorzystywane jest stereo i szumiący wodospad słyszymy dokładnie tam, gdzie się znajduje - pomaga to wręcz czasem w orientacji.
Pewnym trudno wymierzalnym elementem gry jest jej klimat. Są takie gry, w których człowiek ze znudzoną miną otwiera drzwi, aby przekonać się, że za nimi znajduje się dokładnie to, czego się spodziewał - odrażający potwór, przepaść lub inny "przerażający" obiekt. W Indym jest całkowicie inaczej - doświadczyłem tego na własnej skórze. Pamiętam jak dziś - siedziałem sobie sam w domu, za oknem deszcz, szwędałem się po kazachskiej świątyni wsłuchując się uważnie w wiatr, który hulał gdzieś po jej wyższych kondygnacjach. Po wyjściu zza rogu zobaczyłem przyczepiony do sufitu sopel lodu. Gdy zrobiłem dwa kroki, sopel ów nagle oderwał się i przeistoczył w lodowego potworka, który odturlał się do pomieszczenia obok - autentycznie podskoczyłem na krześle. Szkoda, że nie mogłem zmierzyć pulsu, ale przypuszczam, że spokojnie dorównałby serii z AK-47. Albo sytuacje, gdy idę sobie jakimś korytarzem i nagle słyszę pewien charakterystyczny syk - znak, że właśnie dopadł mnie jakiś jadowity wąż i z lubością zatopił w moim ciele swe ząbki. Polecam przywiązać do głowy poduszkę - dzięki temu można uniknąć wielu bolesnych uderzeń o sufit.
Czy zwróciliście uwagę, że w pewnym momencie zacząłem pisać: poszedłem, zobaczyłem, przesunąłem. To również jest efekt działania owego klimatu. O ile część gier potrafi sprawić, że wydaje nam się, że oglądamy film, to "Indiana Jones and the Infernal Machine" pozwala nam niemalże przeżyć samemu wszystkie przygody, w których bierze udział nasz sympatyczny archeolog.
W grze nie zabrakło akcentów humorystycznych - niektóre komentarze Indy'ego są przezabawne, bo twórcy gry postarali się odwzorować wiernie jego charakter. Poza tym humor Indy'ego objawia się jeszcze w kilku szczegółach - wystarczy np. podejść do ściany i użyć kredy: jest to bardzo pożyteczne, ponieważ można zaznaczyć miejsce, do którego potem łatwo wrócić - wszystkie oznaczenia są widoczne na mapie. Nie dziwiły mnie znaczki przypominające Świętego Graala, Arkę Przymierza czy symbol roku 1939. Ale wyobraźcie sobie moją wesołość, gdy spod palców Indy'ego wyszedł nagle R2-D2 - sympatyczny robot, którego poznajemy w "Gwiezdnych Wojnach" - filmie stworzonym przez wytwórnię LucasFilm!
Dodatkowym elementem poprawiającym - w moim mniemaniu - grywalność "Infernal Machine", jest fakt, iż w grze tej trzeba myśleć. Szczerze zawiodą się gracze, którzy uruchamiają grę, aby dobyć bicz, rewolwer .45 lub inną broń (włącznie z bazooką) i mordować pojawiających się po kolei wrogów. Indy'emu przeszkadzają oczywiście niezmordowani Rosjanie, którzy za wszelką cenę chcą dostać się do Piekielnej Machiny przed nim, jednak jest ich w poziomie zazwyczaj tak mało, że można spokojnie powiedzieć, iż w grze grają role marginalne. Samo eliminowanie wrógów również nie jest zbyt trudne (choć, dzięki temu, realistyczne): wystarczy wyjąć stary, wysłużony .45, oddać dwa strzały (amunicja jest nieskończona) i schować go z powrotem. Sympatyczne zwierzątka, takie jak jadowite pająki, węże czy piranie eliminuje się w miarę podobny sposób - nie stanowi to absolutnie celu gry. Gdy jednak dostaje się polecenie odnalezienia skarbu, a okazuje się, że trzeba przynieść... Nie, nie powiem co. Domyślcie się sami - tu trzeba trochę pogłówkować.
Reasumując: "Indiana Jones and the Infernal Machine" to gra, która potrafi zachwycić. Grafika, która - zarówno jak na tamte, jak i na współczesne czasy - jest bardzo przyjemna i cieszy oczy, dźwięki i muzyka, które świetnie wkomponowują się w akcję i ten niepowtarzalny klimat połączony z wysokim realizmem ruchów, zachowań i fizyki budują grę, którą po prostu trzeba przejść.
Ocena: 8/10 , autor: Wojciech "Spook" Sura
© Publikacja za wiedzą i zgodą autora.
| |
| |
|
|
Sonda
|
|
| |
Zagłosuj !
|
|
|
|
Reklama
|
|
|
|
Nagrody
|
|
|
|